Niedziela, 17 listopada 2019. Imieniny Grzegorza, Salomei, Walerii

Na horyzoncie widać już Dakar

2019-09-07 13:00:00 (ost. akt: 2019-09-06 10:39:08)
Benediktas Vanagas i Sebastian Rozwadowski na trasie rajdu Orlen Baja Poland 2019

Benediktas Vanagas i Sebastian Rozwadowski na trasie rajdu Orlen Baja Poland 2019

Autor zdjęcia: https://www.bajapoland.eu

- Najważniejsze, że wyszliśmy z tego bez szwanku, co nie jest oczywiste przy tak dużym „dzwonie” – podkreśla Sebastian Rozwadowski, olsztyński pilot rajdowy, który wraz z Benediktasem Vanagasem nie ukończył Rajdu Baja Polska.

– Nie sprawdziło się w waszym wypadku powiedzenie „Do trzech razy sztuka” (załoga Vanagas/Rozwadowski nie ukończyła z przyczyn technicznych dwóch poprzednich rund Pucharu Świata w rajdach Baja, we Włoszech i Hiszpanii – red.)...
– Niestety, tak to już bywa w moto sporcie. Ja nie wierzę w przysłowia ani przesądy, więc nie jestem za bardzo rozczarowany tym, że to powiedzenie się nie sprawdziło. Ale to nie zmienia faktu, że sam wynik – czyli to, że nie ukończyliśmy Rajdu Baja Poland – jest rozczarowujący. Kolejna eliminacja bez mety i to przed własną publicznością... Szkoda tym bardziej, że zaczęło się fajnie: od wygranego odcinka testowego i czwartego czasu na prologu. To pozwalało myśleć, że będziemy walczyć o miejsce w czołówce...

– No i walczyliście.
– Tak, nazajutrz po prologu był pierwszy „prawdziwy” odcinek – Drawsko Pomorskie 226 km. Czyli kawał naprawdę solidnego ścigania i bardzo trudny odcinek, szczególnie nawigacyjnie. My przejechaliśmy go dosyć zachowawczo, bo musieliśmy się zaadoptować do tych warunków panujących w Drawsku. Jednak jest to zupełnie inna charakterystyka odcinków niż te, po których zwykle się ścigamy w Pucharze Świata: setki skrzyżowań i tysiące malutkich ścieżek, naprawdę trudny rajd nawigacyjnie. Jechaliśmy go zachowawczo także dlatego, bo plan był taki, że na drugim przejeździe tego odcinka przyspieszymy i zaczniemy walczyć z chłopakami. I rzeczywiście, ten drugi przejazd jechaliśmy dość sprawnym tempem. Aż do tego feralnego 96. kilometra...

– Tak konkretnie: co się wtedy stało?
– Z niewiadomych przyczyn podbiło nam tył i Toyota dostała tak zwanego „kicka”, czyli przód został na ziemi, a tył poszedł mocno w górę. Przy dużej prędkości, bo jechaliśmy wtedy na szóstym biegu, było już bardzo trudno się z tego wybronić. To była bardzo zaskakująca sytuacja, bo tak złe zachowanie tylnego zawieszenia naprawdę nie powinno się wydarzyć. Ale się wydarzyło: na szóstym biegu, przy dużej prędkości dostaliśmy „kicka” i zakończyło się to dosyć spektakularnym dachowaniem. Na szczęście, my wyszliśmy z tego cali: bez żadnych siniaków, żadnych obić czy naciągnięć. Tak że szukając w tym wszystkim pozytywów: z nami wszystko jest w porządku, co nie jest oczywiste przy tak dużym „dzwonie”. A to pokazuje, że te wszystkie godziny przepracowane na siłowni jednak procentują.

– Samochód chyba nie mógł wyjść z takiego wypadku bez szwanku...
– Do kontynuowania rajdu, faktycznie, już się nie nadawał, ale – wbrew pozorom – straty, jak na dachowanie, były znacznie mniejsze niż się spodziewaliśmy. W zasadzie ograniczyły się do połamanego poszycia z kevlaru i zbitej przedniej szyby, podczas gdy wszystkie elementy mechaniczne, typu skrzynia biegów, silnik, dyferencjały czy zawieszenie, zostały całe. Choć wydawało się, że to będzie powyrywane... Tak że, ogólnie, to były zadziwiająco małe straty jak na „dzwona” przy takiej prędkości. O dalszej jeździe nie było jednak mowy. Organizatorzy dosyć sprawnie postawili nas na koła, zmieniliśmy dwa „kapcie” i zostaliśmy odholowani z poligonu. Co też nie było takie łatwe, bo my ścigaliśmy się tam właściwie po wszystkich drogach, więc ciężko było się stamtąd wydostać bez „naruszania” trasy rajdu. Na szczęście, organizatorzy mieli to wszystko dobrze przemyślane, więc odholowano nas do głównej drogi, już asfaltowej poza poligonem, przyjechał nasz serwis, zapakował tym razem pomarańczowego Black Hawka na lawetę i ruszyli do Wilna.

– Jak skomentujesz końcowe wyniki? Krzysztof Hołowczyc nadal nie rdzewieje...
– Bardzo się cieszę, że „Hołek” po raz kolejny, już szósty raz, wygrał Baja Poland. Zwłaszcza, że to jest naprawdę bardzo trudna – zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że najtrudniejsza – runda Pucharu Świata. Wiadomo, że „Hołek” jest u siebie i że to „jego” rajd, bo on jest związany z tym rajdem w zasadzie od początku, ale nie zmienia to faktu, że raz do roku pan w średnim wieku wsiada do „rajdówki”, zakłada kask i cały czas ma błysk w oku. No i potrafi tę prawą nogę wyprostować (uśmiech). To naprawdę godne podziwu, tym bardziej że nie jest łatwo ścigać się z chłopakami, którzy jeżdżą cały sezon tymi samochodami. A „Hołek” wsiada raz w roku, dostaje kolejną specyfikację auta – tak więc od nowa poznaje samochód, a ma na to parę kilometrów testowych – po czym zaciera ręce i robi swoje. Możecie mi wierzyć, że to jest naprawdę duży wyczyn: żeby takim tempem „podróżować” i to jeszcze tak, że auto nie jest odrapane czy poobcierane, ale bez jednej ryski dojeżdża do mety. Wielki szacun, że „Hołek” ma w sobie jeszcze tyle motywacji i determinacji, że chce mu się aż tak do tego poważnie podchodzić i aż tak ryzykować.

– Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?
– Takie, że 14 września wieczorem wracam z urlopu, a 15 września wskakuję rano do „rajdówki” Zbyszka Staniszewskiego, czyli do naszej Fiesty, i zasuwamy Rajd Warmiński (uśmiech). W moim przypadku, nawet bez zapoznania z trasą, bo się nie wyrobię. I to wszystko, poza grudniowym Rajdem Barbórka, którego mam nadzieję nie opuścić. Nasze starty z Benem na ten rok już się zakończyły, ale kontynuujemy przygotowania fizyczne do zbliżającego się Dakaru... pes


Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB