środa, 13 listopada 2019. Imieniny Arkadii, Krystyna, Stanisławy

Konrad Bukowiecki: Taki plan sobie z tatą założyliśmy

2019-07-18 08:50:21 (ost. akt: 2019-07-18 08:59:00)
Już w sobotę w Szczytnie odbędzie się mityng 4Move Jurand Cup z udziałem m.in. Michała Haratyka i Konrada Bukowieckiego

Już w sobotę w Szczytnie odbędzie się mityng 4Move Jurand Cup z udziałem m.in. Michała Haratyka i Konrada Bukowieckiego

Autor zdjęcia: Archiwum organizatora

Bardzo się cieszę z tego, że w końcu – po dziesięciu latach mojej przygody ze sportem – udało nam się zorganizować mityng lekkoatletyczny, a w zasadzie mityng pchnięcia kulą, w moim rodzinnym Szczytnie. Wystartuje cała czołówka krajowa na czele z Michałem Haratykiem i moją skromną osobą, więc... gorąco zapraszam: sobota, godz. 16, Plac Juranda w Szczytnie – mówi Konrad Bukowiecki z AZS UWM Olsztyn. 22-letni szczytnianin został niedawno mistrzem 30. Letniej Uniwersjady oraz młodzieżowym mistrzem Europy w pchnięciu kulą. I to w ciągu czterech dni!

– Miał pan kiedyś równie wariacki tydzień, jak ten między poniedziałkiem na Uniwersjadzie w Neapolu a piątkiem na młodzieżowych mistrzostwach Europy w szwedzkim Gaevle?
– Powiem tak: na pewno zdarzało mi się startować w parodniowych odstępach czasu, a nawet podejrzewam, że znalazłaby się i taka sytuacja, że miałem zawody dzień po dniu, więc do tego jestem w miarę przyzwyczajony. Natomiast na pewno nie zdarzyło się, żeby dwie tak ważne imprezy były tak blisko siebie w kalendarzu. I to była dla nas – czyli dla mnie i mojego taty (Ireneusz Bukowiecki jest zarazem trenerem Konrada – red.) – pewnego rodzaju zagadka. Choćby dlatego, że konkursy na tak dużych imprezach wyglądają zupełnie inaczej: większa adrenalina i stres, większe oczekiwania, czy wręcz wymagania, a poza tym ja sam od siebie oczekuję tego, że wypadnę dobrze. Bo po to trenuję, żeby zdobywać medale. No, ale – jak widać – się udało (uśmiech). Plan został wykonany w 100 procentach: przywiozłem do domu dwa złota i to z dobrymi wynikami, bo i w Neapolu, i Gaevle uzyskałem w najlepszych próbach ponad 21 i pół metra (odpowiednio: 21,54 i 21,51 – red).

– Ano właśnie: medale medalami, ale czapki z głów, czym to zostało poparte. W Neapolu trzy próby co najmniej 21-metrowe, w Szwecji kolejne dwie, a to wszystko na przestrzeni dosłownie kilku dni. Ze stabilizacją formy chyba jest nie najgorzej...
– Patrząc na finalne wyniki, faktycznie można by powiedzieć, że ta stabilizacja jest, ale ja jestem trochę na siebie zły za inne moje próby. W Neapolu dwa pchnięcia mi nie wyszły: chyba za bardzo chciałem, kula uciekła mi po palcach, tak jak to bywało kiedyś, no i to były fatalne próby. A w Szwecji też nie obyło się bez drobnych problemów. Chyba troszkę zjadł mnie stres, bo wiedziałem, że jestem poważnym faworytem, i wiedziałem też, że rywale są mocni. Leonardo Fabbri z Włoch na ostatnim mityngu w Poznaniu nieznacznie spalił 21 metrów... Do tego dochodzili Szwed i Norweg, a ogółem było chyba pięciu zawodników, którzy pchali powyżej 20 metrów.

– Czyli już całkiem dobry poziom.
– Zgadza się. W Gaevle wcale nie było tak, że coś tam bym pchnął, a i tak bym wygrał. Choć na papierze faktycznie wyglądało, że miałem dużą przewagę. Co chyba trochę mnie zestresowało, no i wszedłem w ten konkurs źle. Pierwsza kolejka i 19,16, a utrzymałem to pchnięcie w kole tylko dlatego, że jestem nauczony przez swojego tatę, że pierwszego pchnięcia się nie pali. Tym bardziej, że w Szwecji to moje 19 metrów z małym hakiem dawało mi spokojne miejsce w finałowej ósemce i ja byłem tego świadomy.
Po tym pchnięciu zacząłem się powoli rozkręcać, no i to drugie było już naprawdę dobre – grubo powyżej 20 metrów – natomiast kula uciekła mi z prawej strony i poszła poza promień rzutni. Dalej zostałem więc z tym 19,16... A w tym czasie Włoch pchnął już ponad 20 m, więc musiałem mu jakoś odpowiedzieć. No i w trzeciej kolejce uzyskałem 20,79 i to już było nawet przyzwoite pchnięcie. A później było następne: już wiedziałem, że jestem na dobrej pozycji, że mogę to wszystko utrzymać i pchnąłem 21,51.

– Jak widać, trudne początki coraz skuteczniej pana hartują, bo wychodzi pan z nich z klasowymi wynikami.
– Ja jestem zdania, że każdy start mnie czegoś uczy. I to niezależnie od tego, czy to jest start, w którym pcham gdzieś pod 22 metry czy taki, gdzie nie mogę przekroczyć 20 metrów. Z każdego występu staram się wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski... Jeśli chodzi o te dwie ostatnie imprezy, to końcowe wyniki, rzeczywiście, są dobre, natomiast ja zdaję sobie sprawę, że na mistrzostwach czy nawet na mityngach trzeba oddawać dobre czy nawet bardzo dobre pchnięcia w tych trzech pierwszych próbach. Bo one dają awans do finałowej ósemki. I tutaj jestem na siebie troszeczkę zły, że po raz kolejny w tym sezonie pcham 21 i pół metra i powyżej, ale dopiero w czwartej kolejce lub jeszcze później. To mnie trochę denerwuje, bo wiem, że na mistrzostwach świata będę musiał uzyskać taki wynik już w pierwszych trzech kolejkach... No, ale wiem, że mogę to zrobić, bo w tym roku w Sankt Poelten w Austrii pchnąłem w pierwszej próbie 21,70. Mam przed MŚ jeszcze sporo startów, więc będę się starał pchać daleko już od pierwszej próby.

– Wracając do Neapolu, pan miał chyba swoje osobiste „porachunki” z uniwersjadą. Dwa lata wcześniej na Tajwanie, co prawda, zdobył pan srebro, ale nie o taki medal panu chodziło...
– Ja tak na początku wtedy myślałem, że srebro to nie jest to. Też jechałem tam jako faworyt i wszyscy oczekiwali tego ode mnie, zresztą ja sam od siebie też, że wygram. No, ale tak się zdarzyło, że byłem mocno „pokłócony” z techniką, przez co udało mi się pchnąć zaledwie 20 metrów z małym hakiem, a Portugalczyk pchnął wtedy porządną „życiówkę” i po prostu był tego dnia lepszy. Wtedy na początku, rzeczywiście, byłem wściekły na siebie, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że – no, kurczę – mam srebro, więc nie jest tak źle. Ale faktycznie w Neapolu miałem coś do udowodnienia, przede wszystkim samemu sobie: że ta uniwersjada jest do wygrania. Bardzo chciałem wygrać. Taki plan sobie z tatą założyliśmy na te dwie imprezy: że na obie jedziemy po złoto. Cieszę się, że plan wykonałem w 100 procentach (uśmiech).

– A podczas mistrzostw Europy U-23 nie zaskoczyło pana to, że pana sympatia „zakasuje” pana pod względem medalowego dorobku (mowa o Natalii Kaczmarek, która w pięknym stylu zdobyła w Szwecji dwa złota: za bieg indywidualny na 400 m oraz sztafetowy 4x400 m – red.)?
– Ja wiedziałem, że Natalia jest bardzo mocna, zwłaszcza na finiszowych metrach. Bo ona zawsze tak biega, że końcówkę ma bardzo mocną. No, więc wiedziałem, że może bardzo pomóc drużynie i liczyłem na medal. Bardzo chciałem, żeby miała ten medal, ale – faktycznie – tego, że zdobędzie dwa i to oba złote, to się nie spodziewałem. Piękna sprawa (uśmiech). Bardziej się denerwowałem przed jej biegami niż przed swoim konkursem.

– Czyli oglądał pan to na żywo?
– Tak, oczywiście, po to tam zostałem. Miałem możliwość wracać do kraju następnego dnia po swoim starcie, ale chciałem troche z nią pobyć i zobaczyć, jak biega. No i bardzo dobrze, że zostałem, bo te wszystkie emocje, jakie mi towarzyszyły, to jest naprawdę coś niesamowitego. To była piękna sprawa: patrzeć, jak ważna dla mnie osoba rywalizuje o medale i to z takim skutkiem.

– Już w sobotę w Szczytnie wystąpi pan i jako zawodnik, i jako organizator wyjątkowej imprezy.
– Bardzo się cieszę z tego, że w końcu – po dziesięciu latach mojej przygody ze sportem – udało nam się zorganizować mityng lekkoatletyczny, a w zasadzie mityng pchnięcia kulą, w moim rodzinnym Szczytnie. Myślę, że przede wszystkim to jest zasługa burmistrza Krzysztofa Mańkowskiego i w ogóle całego miasta, którzy bardzo nam w tym pomogli. No i wielkie podziękowania należą się sponsorom, bez których też by to się nie udało: sponsorowi tytularnemu, firmie 4Move, bo mityng nazywa się 4Move Jurand Cup, a także firmom EdWood i Planson oraz Willi Stanisław. Nagrodą dla zwycięzcy będzie właśnie weekend w tym, położonym w Lubuskiem, pensjonacie.

– Kto wystartuje w pierwszej edycji 4Move Jurand Cup?
– Będzie Michał Haratyk, będą Kuba Szyszkowski, Andrzej Gudro i Rafał Kownatke, będą dwaj koledzy z mojej grupy treningowej, czyli Sebastian Łukszo i Andrzej Naszko, no i, co ciekawe, będzie zawodnik z... Indii, więc trochę egzotyki do Szczytna też zawita. No i do tego moja skromna osoba (uśmiech). Czyli razem ośmiu zawodników, z czego sześciu z „życiówkami” powyżej 20 metrów, w tym dwóch z rekordami prawie 22-metrowymi (w tym roku Michał Haratyk ma pierwszy wynik w Europie i czwarty na świecie, a Konrad Bukowiecki – drugi i piąty. Odpowiednio są to: 21,98 i 21,97 m – red.). Zanosi się na światowy poziom konkursu, więc tym goręcej zapraszam na te zawody kibiców.

– A dokładniej: dokąd zapraszamy i na którą godzinę?
– Fajnie, że nie będzie się to działo na stadionie, tylko na Placu Juranda w centrum miasta, a początek mityngu zaplanowano na godz. 16 w sobotę. A tak w ogóle będą trwały w tym czasie Dni i Noce Szczytna, więc to też jest duży plus: mamy nadzieję, że będzie nas oglądało dużo ludzi. Oglądało i dopingowało, zwłaszcza że doping zawsze nam pomaga. Jeszcze raz gorąco zapraszam: sobota, godz. 16, Plac Juranda w Szczytnie.


* Cała rozmowa z Konradem Bukowieckim - w czwartkowym wydaniu "Gazety Olsztyńskiej".
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB