Poniedziałek, 18 marca 2019. Imieniny Edwarda, Narcyza, Zbysława

Arkadiusz Klimek: z Ulnowa na Camp Nou i Anfield Road [ZDJĘCIA]

2019-02-07 12:00:00 (ost. akt: 2019-02-07 15:11:42)
W wyskoku Arkadiusz Klimek (Zagłębie Lubin)

W wyskoku Arkadiusz Klimek (Zagłębie Lubin)

Autor zdjęcia: archiwum domowe

Nigdy nie myślał, że będzie zawodowym piłkarzem. Zdobywał gole dla Jezioraka, Stomilu i Zagłębia Lubin. Miał już podpisany kontrakt z Legią, ale wybrał ofertę greckiego Panioniosu, z którym zagrał przeciwko Barcelonie w Pucharze UEFA. Był blisko wyjazdu z kadrą Engela na mistrzostwa świata, ale przeszkodziła mu kontuzja. W drużynie mistrza Litwy zagrał w kwalifikacjach Champions League z Liverpoolem, wymieniając się koszulką ze Stevenem Gerrardem. Najlepiej wspomina jednak czasy spędzone w... Stomilu.

- Gdzie zaczęła się twoja przygoda z piłką?
- Urodziłem się w Iławie, a wychowałem w Ulnowie. Jest to miejscowość oddalona o 17 km od Iławy. W zasadzie to właśnie tam zaczęła się moja przygoda z futbolem. Szkołę podstawową skończyłem w Suszu, cztery kilometry od Ulnowa. Gdy byłem w szóstej klasie, nauczyciel w-f Jerzy Tur brał do reprezentacji szkoły tylko uczniów z siódmej i ósmej klasy. Chciałem, żeby zwrócił na mnie uwagę, więc gdy graliśmy, to nikomu nie podawałem piłki, tylko sam chciałem przeprowadzać akcję, no i za którymś razem trener wreszcie powiedział: „Klimuś, przyjdź na trening, bo widzę, że cały czas próbujesz coś mi udowodnić i pokazać”. Od tego momentu zacząłem grać w rozgrywkach międzyszkolnych z kolegami starszymi o rok lub dwa. W pewnym wieku zacząłem chodzić na treningi seniorów Orła Ulnowo. Mój brat był w drużynie, więc pozwalali mi się pętać między nogami, ponieważ nie byłem wtedy zbyt wysoki. Po skończeniu podstawówki dalej uczyłem się w Iławie, dzięki czemu trafiłem do Jezioraka.
- Marzyłeś wtedy o karierze zawodowego piłkarza?
- Nie, po prostu robiłem to, co sprawiało mi przyjemność. Dopiero w seniorach Jezioraka, gdy udawało mi się już sporo grać i strzelać, narodził się taki pomysł. III liga była prawie profesjonalna, ponieważ chyba nikt z nas nie pracował dodatkowo, tylko wszyscy grali w piłkę.

- Od początku byłeś wystawiany w ataku?
- Tak, bo miałem to coś. Już za szczenięcych lat wygrywałem sporo pojedynków jeden na jeden, no i potem potrafiłem to wykorzystać. Dryblowałem w miarę przyzwoicie i strzelałem bramki.
- Kto wtedy występował w Jezioraku?
- Marek Witkowski, Paweł Pasik, Wojtek Tarnowski, Leszek Roszkiewicz, Andrzej Lewandowski, Piotr Matysiak, Sławek Przytuła, Remi Sobociński, Tomek Romanowski. To była ekipa walcząca o awans do II ligi, jednakże zazwyczaj awansowały kluby z okolic Warszawy, bo prawdopodobnie się dogadywały. Ja do zespołu seniorów dołączyłem w wieku 17 lat. Pamiętam, że mieliśmy jechać na mecz, wszedłem do autokaru i położyłem torbę na jednym z siedzeń. Koledzy z drużyny powiedzieli jednak, że to jest miejsce Matysiaka. Znałem go, ale zapytałem: „kto to jest Matysiak?”. No i wtedy się zaczęło, bo gdy Piotr Matysiak się o tym dowiedział, to dostał białej gorączki. Za karę musiałem przed autokarem zrobić chyba ze 100 pompek, a reszta zespołu sobie siedziała i patrzyła. Śmiali się potem i dopytywali: „teraz już wiesz, kto to jest Matysiak”?
- Jak długo grałeś w Jezioraku?
- Tak naprawdę zagrałem tam dwa sezony, bo po sezonie 1994/95 odszedłem do Stomilu.
- A miałeś inne oferty?
- Byłem z trenerem Czachorowskim w ŁKS Łódź. Po rozegranym meczu kontrolnym łodzianie chcieli mnie w swym zespole, w międzyczasie jednak był rozgrywany mecz pomiędzy gwiazdami z Warmii i Mazur przeciwko kadrze Warmii i Mazur. Ten mecz odbył się w Morągu, a ja zagrałem wtedy w kadrze. Na mecz przyjechał trener Stomilu Ryszard Polak, no i zobaczył, że strzeliłem chyba trzy gole, chociaż w bramce rywali stał Jarosław Bako, więc nie byle kto. Po tym meczu Rysiu uparł się, że chce mnie w swojej drużynie.
- Ile sezonów spędziłeś w Olsztynie?
- Dwa i pół. Pierwszy sezon, niestety, zakończyłem bez zdobytej bramki. Wydaje mi się, że przeskok z III do I ligi jednak swoje zrobił. W następnym sezonie było już lepiej. Zdobyłem siedem ligowych bramek. Pamiętam, że swoją pierwszą bramkę w I lidze zdobyłem w wyjazdowym spotkaniu z Rakowem Częstochowa. Uważam, że czas spędzony w Stomilu był dla mnie najlepszym okresem. Nie chodzi nawet o samo granie, ale o atmosferę, jaka panowała w drużynie. Z Sylwkiem Czereszewskim bardzo się przyjaźniliśmy, zresztą do tej pory utrzymujemy dobry kontakt. A trener Polak, pomimo że mnie krytykował, był we mnie zakochany (śmiech). Wszedłem któregoś razu do szatni i zauważyłem siedzącego Andrzeja Biedrzyckiego. Wyglądał na smutnego, więc chciałem się dowiedzieć, co się stało?. Okazało się, że Andrzej w swoim maluchu zaliczył dachowanie! „No to co ty tu robisz?” - spytałem zdziwiony, a „Biedrza” na to: „Przecież nie mogłem opuścić treningu” (śmiech). Szkoda, że już go z nami nie ma, bo to był człowiek-instytucja. Nigdy nie odmawiał pomocy, zawsze próbował załatwić problem. Nawet mieszkanie pomógł mi załatwić.
- Jako piłkarz Stomilu zagrałeś w młodzieżowej reprezentacji Polski.
- Zostałem powołany do kadry U-23 na mecze ze Szwecją i Anglią w ramach eliminacji do Młodzieżowych Mistrzostw Europy. Ze Szwedami zagraliśmy w Sztokholmie, a mecz z Anglią przesiedziałem na trybunach. W tej kadrze byli m.in. Marcin Mięciel, Bartosz Bosacki, bracia Żewłakowie, Bartosz Karwan, Marcin Zając i Bartosz Tarachulski. W sumie na młodzieżówkę byłem powoływany trzykrotnie, a sprzęt z tamtego okresu mam do dziś (śmiech).
- A seniorska kadra?
- Trafiłem do niej już jako zawodnik Zagłębia Lubin. Niestety, nigdy nie zadebiutowałem w pierwszej reprezentacji. Byłem jedynie dwa tygodnie na zgrupowaniu w 2001 roku. Selekcjonerem był wówczas Jerzy Engel, a w kadrze grali tacy zawodnicy jak: Olisadebe, Kryszałowicz, Hajto, Kłos, Juskowiak, Matysek, Dudek, Bąk i Koźmiński.
Istniała szansa, bym znalazł się w kadrze na mistrzostwa świata w Korei Południowej i Japonii. Podczas zgrupowania graliśmy z Norwegią oraz Armenią. Pierwsze spotkanie przesiedziałem na trybunach, drugie spędziłem już na ławce rezerwowych, natomiast zadebiutować miałem w Bydgoszczy w spotkaniu ze Szkocją. Ostatecznie w kadrze nie zagrałem, bo trzy dni po zgrupowaniu - w ostatniej akcji meczu Pucharu Ligi - doznałem kontuzji kolana, po której przez rok nie pojawiłem się na boisku.
W efekcie moja przygoda z reprezentacją zakończyła się na sparingu z niemieckim czwartoligowym VFB Oldenburg, w którym zagrałem w pierwszej połowie.
- Wiosną 1998 roku zostałeś piłkarzem Zagłębia.
- Zainteresowanie lubinian moją osobą zaczęło się po meczu Stomilu z Zagłębiem, w którym zdobyłem jedną z najszybszych bramek. Szkoleniowcem „Miedziowych” był Andrzej Szarmach, a drużynę rezerw prowadził Janusz Kubot, ojciec Łukasza, popularnego tenisisty. I to właśnie ten drugi namówił Szarmacha na to, bym trafił do Lubina. Nie ukrywam, że perspektywa wyższych zarobków skłoniła mnie do takiej decyzji, bo w Stomilu nigdy się „nie przelewało”. Na moich przenosinach zarobił także Jeziorak, bo przysługiwała mu jakaś część sumy transferowej.
- W jednym z olsztyńskich meczów Zagłębia ze Stomilem zdobyłeś bramkę, po czym uniosłeś koszulkę, pod którą miałeś założoną koszulkę Stomilu!
- Chciałem pokazać, że mam w sercu Stomil, bo dzięki temu klubowi miałem okazję pokazać się szerszej publiczności. Zawsze ten klub był mi bliski.
- Opowiesz jakąś anegdotę związaną z Zagłębiem?
- Sezon pod wodzą Adama Nawałki zainaugurowaliśmy wysokim zwycięstwem 5:0. Po meczu szkoleniowiec wszedł do szatni i powiedział, że jeżeli ktoś zadowoli się mistrzostwem Polski, to niech wyjdzie z szatni. Wszyscy byli w lekkim szoku i zastanawiali się, o co mu chodziło. Po czym w kolejnych dziewięciu meczach zdobyliśmy zaledwie pięć punktów i podziękowano trenerowi za współpracę. Spadliśmy z ligi, mając silniejszy skład w poprzednich sezonach. Nawałka miał taką manierę, że od początku przygotowań miał już ustaloną swoją wyjściową jedenastkę. W ogóle nie było rywalizacji, bo od razu było ustalone, kto gra i gdzie. Gdy na treningu dzielił nas na dwa zespoły, to koncentrował się tylko na pierwszej grupie, a na drugą nie zwracał uwagi. Niestety, ja byłem w tej drugiej grupie... Nie ukrywam, że po latach byłem nieco zaskoczony wynikami reprezentacji za kadencji Nawałki.
- Podobno miałeś propozycję z Legii?
- Tak, w 2003 roku, przed odejściem do Panioniosu. Zagłębie wtedy spadło do II ligi. Do dziś mam ten kontrakt podpisany tylko przez szefów Legii. Poza tym otrzymałem propozycję z krakowskiej Wisły, jednak tam mieli nieprzyjemne doświadczenie związane z transferem zawodnika po poważnej kontuzji, którym był Tomasz Dawidowski. Przez kilka lat Dawidowski zagrał u nich raptem kilkanaście spotkań. W Krakowie wiedzieli, że miałem uszkodzone więzadła, dlatego mój transfer zależał od opinii lekarza Wisły, który musiał stwierdzić, że przez pięć lat dam radę grać w piłkę bez poważniejszych urazów. Lekarz takiej gwarancji nie dał, więc temat transferu upadł.
Byłem także na testach w Energie Cottbus. Pokazałem się z dobrej strony na testach, ale Zagłębie chciało za mnie aż dwa miliony marek, co dla Energie było zbyt dużo. A wracając do oferty Legii, to praktycznie wszystko było już dogadane, ale wtedy pojawiła się finansowo korzystniejsza oferta z Panioniosu Ateny. Z perspektywy czasu trochę żałowałem takiego ruchu, jednak dzięki tej decyzji miałem okazję zagrać na słynnym Camp Nou przeciwko Barcelonie, na która trafiliśmy w II rundzie Pucharu UEFA. W „Barcy” grali wtedy: Phillip Cocu, Luis Enrique, Patrick Kluivert, Ronaldinho, Xavi, Saviola, Giovanni van Bronckhorst. W mojej drużynie natomiast występowali m.in. Giuliano i Adam Majewski. Odpadliśmy po porażkach 0:3 u siebie i 0:2 na wyjeździe. W rewanżu nie rozegrałem całego meczu, bo doznałem urazu mięśnia dwugłowego uda. Stadion Barcelony sprawiał niesamowite wrażenie, pomimo iż na trybunach tego stutysięcznika pojawiło się około 25 tysięcy kibiców. Takie mecze to pamiątka na całe życie. Po zakończeniu wymieniłem się koszulkami z Thiago Mottą.
- Jak wyglądały kulisy twojego transferu do Grecji?
- Miałem łatwiej, bo w Panioniosie był już Adam Majewski. Po testach medycznych i wydolnościowych podpisałem kontrakt, po czym pojechaliśmy na obóz w góry. Treningi zaczynały się o siódmej, więc trzeba było wstać pół godziny wcześniej, by zjeść jakieś ciastko i wypić herbatę. Po treningu był czas wolny do godziny 19. Wtedy zaczynał się drugi trening, bo ze względu na bardzo wysoką temperaturę wcześniej po prostu nie dało się grać. Na początku ciężko było mi się dostosować do tamtejszych warunków, natomiast nie miałem problemów z komunikacją, bo oprócz Adasia był także Giuliano, który grał w Widzewie, oraz dwóch Czechów. No i trenerem był Słowak. Miałem podpisany kontrakt „rok+rok+rok”, zgodnie z którym obie strony po każdym sezonie mogły rozwiązać umowę. Jednak zaczęły się problemy finansowe, a że jednocześnie Grecy robili nam problemy, więc po pierwszym roku większość piłkarzy odeszła z klubu. W rundzie wiosennej sezonu 2003/04 prezes zaproponował mi... obniżkę pensji. Nie zgodziłem, bo nie po to tu przychodziłem, żeby zarabiać mniej. Miałem inne oferty, ale wybrałem ten klub i nie chciałem rezygnować z tej kasy. Wtedy prezes powiedział: „No to jednak Niemcy dobrze robili z Polakami podczas II wojny światowej”. Osłupiałem... W ogóle Grecy robili dziwne akcje, dostawałem wezwania, do moich drzwi pukali komornicy. Pobyt w Grecji wspominam jednak dość dobrze, bo w tym czasie urodziła mi się córka, a ponadto ten dwumecz z FC Barcelona, europejskie puchary... Poza tym fajnym przeżyciem były pojedynki w lidze greckiej z Olympiakosem Pireus i Panathinaikosem Ateny. Po meczu z Panathinaikosem wymieniłem się koszulkami z legendą tego klubu, czyli z Krzysztofem Warzychą, który rozgrywał wtedy swój ostatni sezon w karierze. Olympiakos i Panathinaikos to były kluby z innej półki, my natomiast niekiedy nie mieliśmy gdzie trenować, zdarzało się, że jeździliśmy na jakieś boisko szkolne.
- Co było po Grecji?
- Trafiłem do płockiej Wisły, gdzie szkoleniowcem był Mirosław Jabłoński, którego znałem z poprzednich lat. Była to moja największa porażka, chociaż na początku było w miarę fajnie, bo w rundzie jesiennej grałem regularnie. Jednak przed pierwszym meczem rundy rewanżowej rozchorowałem się i przez dwa tygodnie brałem antybiotyk. Do składu wskoczył wtedy Adrian Mierzejewski i dobrze zagrał. Ja natomiast wystąpiłem w Pucharze Polski, ale po tej chorobie spisałem się słabiej. A że w następnej kolejce „Mierzej” znowu zagrał przyzwoicie, więc zostałem zesłany do czwartoligowych rezerw, w których spędziłem praktycznie całą rundę wiosenną.
Po Płocku przyszedł czas na litewski FBK Kaunas. Na testy do Kowna pojechali ze mną jeszcze: Olo Moskalewicz, Marcin Janus i Piotr Duda. Zostałem tylko ja, a reszcie podziękowano. W pierwszych dziesięciu meczach zdobyłem osiem goli, niestety, potem przytrafiła mi się kontuzja, przez co na jakiś czas byłem niezdolny do gry. W drugim sezonie także strzeliłem osiem bramek, jednak potrzebowałem do tego aż 30 spotkań. W sumie zdobyliśmy mistrzostwo i Puchar Litwy.
Przed moim przyjściem FBK zdobyło mistrzostwo, więc na „dzień dobry” pojechaliśmy na mecz I rundy eliminacji Champions League z klubem z Wysp Owczych – HB Tórshavn. Strzeliłem bramkę i wygraliśmy 4:2. W rewanżu wygraliśmy gładko 4:0, po czym w drugiej rundzie trafiliśmy na… Liverpool. W pierwszym spotkaniu nawet prowadziliśmy 1:0, jednak ostatecznie ulegliśmy faworytowi 1:3. Po meczu spotkałem Jurka Dudka, z którym znałem się ze zgrupowania kadry, i wymieniliśmy się koszulkami. W rewanżu na Anfield Road przegraliśmy 0:2, a ja z tego wyjazdu najbardziej zapamiętałem... trawę. Tak zadbanej trawy w życiu nie widziałem, wręcz nie chciało się schodzić z boiska. Długo utrzymywał się remis, jednak w 77. minucie Steven Gerrard zdobył bramkę. Cały stadion po tym golu skandował nazwisko strzelca. Takich chwil się nie zapomina. A gdy kibice zaśpiewali słynny hymn, to aż mnie ciarki przeszły. Obiekt był wypełniony po brzegi, bo kibiców nie interesowało, że przyjechał jakiś FBK Kaunas, tylko interesowało ich wspieranie swojej ukochanej drużyny. Po meczu ze Stevenem Gerrardem doszło do wymiany koszulek, ponieważ zauważył, że rozmawiałem z Jurkiem i się z nim znam. Fantastyczne przeżycie.
- Potem było wypożyczenie do szkockiego Heart of Midlothian FC.
- Bo właścicielem FBK Kaunas i Hearts była ta sama osoba. Trafiłem tam w styczniu 2007 roku. Całkowicie inny świat, jeżeli chodzi o treningi. Nie było tam czegoś takiego, jak ma to miejsce w Polsce czy na Litwie, że chodzi trener i opowiada kilka minut o ćwiczeniu, które masz wykonać. Tam trening trwał 70 minut, ale jego intensywność była ogromna. Gdy wracałem z treningu, to zazwyczaj od razu kładłem się spać. Pierwszy miesiąc to była masakra. W Szkocji rozegrałem zaledwie dwa spotkania: w pierwszym 81 minut, zaś w drugim wszedłem na ostatni kwadrans. Potem jednak miałem problemy z pachwiną. W Szkocji jest bardzo deszczowo, więc raz trenowaliśmy na sztucznej nawierzchni, a innym razem na naturalnej, przez co łatwiej jest doznać urazu. No i urwałem sobie pachwinę. Co prawda nie musiałem mieć przeprowadzanej operacji, jednak cały sezon miałem już „z głowy”, więc jesienią wróciłem do Kowna. Na Litwie nie rozegrałem już żadnego spotkania. To był taki okres, w którym FBK postanowiło postawić na młodszych graczy, a ja miałem 32 lata. Trenowałem dalej normalnie, kasę mi płacili, ale po sezonie rozstaliśmy się.
- Przyszedł czas zatem na Łotwę...
- Moim kolejnym klubem był Metalurgs Liepāja. Też fajnie tam było do pewnego momentu. Metalurgs był klubem, który musiał wygrywać wszystkie mecze. Oprócz ligi łotewskiej i Pucharu Łotwy grali także w Baltic Liga. Największymi rywalami były Skonto Ryga oraz FK Ventspils. Niestety, odpadliśmy z Pucharu Łotwy i z Baltic Ligi, a w lidze zajmowaliśmy bodajże dopiero czwarte miejsce. W efekcie piłkarze, którzy przyszli do klubu zimą, musieli sobie szukać nowych pracodawców. Byłem w takiej sytuacji, że mogłem podpisać kontrakt na dwa lata, ale przedtem musiałbym pojechać na obóz na Cypr. Nie zgodziłem i postawiłem ultimatum: albo podpisujemy kontrakt od razu, albo wracam do Polski. Oni zaś zaproponowali mi kontrakt, w którym co pół roku każda ze stron ma możliwość rozwiązania umowy. Przyjąłem takie warunki, no i po rundzie rozwiązali z nami kontrakty, ponieważ wyników nie było, a pieniądze musieli płacić.
W tej sytuacji wróciłem do Jezioraka, zagrałem rundę, potem miałem przerwę spowodowaną kontuzją, po czym na chwilę „zawitałem” do Wikielca. W jednym ze spotkań IV ligi czerwone kartki otrzymało czterech zawodników, w związku z czym GKS miał ogromne problemy kadrowe. W tej sytuacji Marek Witkowski, ówczesny trener drużyny z Wikielca, poprosił mnie o pomoc. Nie trenowałem wtedy, grywałem jedynie raz w tygodniu z kolegami dla przyjemności, więc trochę się obawiałem, ale zgodziłem się. W pierwszym meczu strzeliłem gola i zaliczyłem dwie asysty. Potem zagrałem chyba jeszcze jeden raz i to było wszystko. Trener Witkowski później opowiadał, że zszedłem z ciągniczka kosząc trawę, żeby pomóc kolegom, a jeszcze udało mi się zdobyć bramkę (śmiech).
- Czym teraz zajmuje się Arkadiusz Klimek?
- Mam swoją działalność, a dodatkowo jestem trenerem rocznika 2006/07 w GKS. Co prawda działam w tym sporcie, ale na pewno nie tak, jakbym chciał. Wolałbym pracować z seniorami, ale wiadomo, jakie zespoły mamy w okolicy. Nie chciałbym trenować drużyn występujących w niższej lidze niż okręgowa. Na razie pracuję z młodzieżą w Wikielcu, a czy będę w przyszłości trenował seniorów, to czas pokaże.
- Masz jakieś niespełnione piłkarskie marzenie?
- Mecz w pierwszej reprezentacji Polski. Jak już mówiłem było bardzo blisko tego debiutu, a, niestety, nigdy do niego nie doszło...
Mariusz Bojarowski i Emil Wojda
* Autorzy są pracownikami Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej. Pełen zapis rozmowy jest na stronie wmzpn.pl

Polub nas na Facebooku:

Komentarze (4) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. sew #2677776 | 188.146.*.* 8 lut 2019 08:55

    Świetny wywiad. Bardzo fajnie się to czyta... oby więcej. Szacun dla p. Arka - a historii z tą koszulką Stomilu pod koszulką Zagłębia nie znałem... brawo :)

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. Obserwator #2677747 | 94.254.*.* 8 lut 2019 08:04

    No takie felietony to aż się miło czyta Pan Arkadiusz co by nie mówić świetna kariera, żal tylko że do kadry się nie wpasował bo według mnie zasługiwał.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  3. Ols #2677662 | 37.47.*.* 7 lut 2019 22:47

    Jak Arek padał na ziemię to nigdy sam często nawet z dwoma obrońcami na plecach. Dla mnie mecz w który mi zapadł w pamięci to u nas z Płockiem wywalił się i strzelił. Pozytywnie odbierany na trybunach przyszedł wtedy gdy odeszło sześciu naszych właśnie do Jezioraka. Miałem okazję kiedyś poznać i porozmawiać sympatyczny facet. Pozdrawiam Panie Arku i dzięki za to co dla Stomilu Pan na boisku robił

    Ocena komentarza: warty uwagi (2) ! - + odpowiedz na ten komentarz

  4. k44 #2677413 | 89.64.*.* 7 lut 2019 14:58

    Fajne wspomnienia! Za ten gest z koszulką Stomilu szacun! Pamiętam ten debiut z ŁKS w I lidze ale i bramkę dla Jezioraka w pucharze w Poznaniu. To były fajne czasy!

    Ocena komentarza: warty uwagi (3) ! - + odpowiedz na ten komentarz