Wtorek, 20 listopada 2018. Imieniny Anatola, Edyty, Rafała

Na ostatnią chwilę się nie da

2018-10-24 11:00:00 (ost. akt: 2018-10-24 11:03:39)
Maciej Sarnacki (z prawej) rok temu zajął Grand Slam w Abu Dhabi drugie miejsce

Maciej Sarnacki (z prawej) rok temu zajął Grand Slam w Abu Dhabi drugie miejsce

Autor zdjęcia: www.ijf.org

Mistrzostwa świata w Baku, mistrzostwa kraju, niedawno turniej Grand Prix w... meksykańskim Cancun, no i "zaraz" Grand Slam w Abu Dhabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich — oto ostatnie tygodnie Macieja Sarnackiego, judoki Gwardii Olsztyn.

Najlepszy polski judoka, od lat niepokonany na krajowym podwórku Maciej Sarnacki zwłaszcza ostatnio nie narzeka na brak zajęć. Piąty zawodnik światowego rankingu w kat. +100 kg ledwo wrócił z dalekiego Meksyku, gdzie zajął siódme miejsce w turnieju Grand Prix, a już musi się szykować na kolejny daleki lot, tym razem w odwrotnym kierunku, bo na Półwysep Arabski...

— Jaką ocenę w skali 1-6 wystawiłby pan sobie za start w meksykańskim Cancun?
— Myślę, że jakąś trójeczkę... A czy jestem zadowolony? I tak, i nie. Bo z jednej strony, jak się patrzy na końcowy wynik, to wygląda to jako tako: siódme miejsce, no i kolejne punkty do rankingu olimpijskiego, co jest najważniejsze. A co do samych walk, to wszystko było na styku. W pierwszej rundzie miałem wolny los, w drugiej dość szybko wygrałem z Chilijczykiem Solisem (w 43. sek. walki — red.), a to całkiem niezły chłopak, który rok temu był tam trzeci, no i później był bardzo wyrównany pojedynek z Kubańczykiem Grandą. Na minutę przed końcem na tablicy był remis, zaryzykowałem, ale jednak on mnie skontrował i wygrał. Trafiłem do repasaży z Rumunem Simionescu, gdzie w czasie walki sędziowie trochę mnie skrzywdzili, bo najpierw dali mu karę za wyjście poza matę, po czym zmienili decyzję, uznając, że to ja go wypchnąłem z maty. Gdyby nie ta dziwna decyzja, to wygrałbym tę walkę na kary, a tak doszło do dogrywki, w której Rumun zrobił akcję na wazari i wygrał. I skończyło się na siódmym miejscu.

— Jak słyszę, jest więc niedosyt...
— Tak, tym bardziej że któryś już raz wracam z turnieju ze świadomością, że ze strony treningowej wszystko zostało dopilnowane, podczas gdy z tej organizacyjnej już nie do końca... W hotelu w Cancun byłem ok. godz. 20, dokąd dotarłem po 24-godzinnej podróży, po czym następny dzień miałem przeznaczony na aklimatyzację. Tylko jeden dzień, bo tak to trzeba określić, kiedy w grę wchodzi aż siedmiogodzinna różnica czasu, a w nogach ma się prawie 24 godziny spędzone w drodze... Tak na dobrą sprawę, żeby właściwie się zaaklimatyzować, to ja powinien tam być z pięć dni wcześniej. Tak jak to zrobili moi rywale, na czele z Rumunem Simionescu, z którym się koleguję i o którym wiedziałem, że poleciał do Meksyku wcześniej. Po to, żeby przyzwyczaić organizm do zmiany czasu, ale i zażyć kąpieli słonecznych, pokąpać sie w morzu, trochę się zrelaksować, odpocząć... A my przyjeżdżamy na ostatnią chwilę, no i zawsze coś jest nie tak. Latamy po całym świecie na zawody i przeważnie jesteśmy w danym miejscu trzy, cztery dni: dzień czy dwa przed startem, a dzień po wsiadamy w samolot i wracamy. Tu przyzwyczajam się do innej strefy czasowej, a za moment znów lecę, tyle że tym razem parę godzin przesunięcia czasowego na wschód. Ktoś kiedyś powiedział, że można być najlepiej przygotowanym, a jak organizacja nie będzie dopięta na ostatni guzik, to i tak nic z tego nie wyniknie... Te moje walki były bardzo „bliskie”, więc równie dobrze mogłem bić się o finał; gdybym wygrał z Kubańczykiem, to właśnie walczyłbym z Brazylijczykiem o finał. Przy tak wyrównanym poziomie decydują szczegóły, właśnie takie jak zmiana stref czasowych „za pięć dwunasta” czy 24 godziny w drodze, co uważam za bardzo długą podróż...

— Związkowa centrala oszczędza na kosztach?

— Nie wiem. Ale wiem, że osoby ze związku, które organizują nam te wyjazdy, nigdy nie były zawodnikami. Być może nie zdają sobie sprawy z tego, że jak chcemy polecieć na drugi koniec świata te kilka dni wcześniej, to nie dlatego, że zamierzamy zrobić sobie wakacje. Przecież, przy siedmiu godzinach różnicy, czternasta w Polsce i siódma rano w Meksyku to są dwie zupełnie różne historie... Nie bardzo mam wpływ na taką, a nie inną organizację tych wyjazdów, i ubolewam, że tak to wygląda. Bo uważam, że można by trochę zaoszczędzić, wysyłając nas np. dwa dni wcześniej. Wydałoby się ze 200 euro więcej na hotel, ale za to przywieźlibyśmy dwa razy więcej punktów rankingowych i nie trzeba by było jechać na kolejne zawody. A tak powoli się zbieram do Abu Dhabi, które — owszem — do tej pory było dla mnie szczęśliwe, bo już trzy razy stawałem tam na podium, ale które prawdopodobnie bym sobie odpuścił, żeby złapać trochę oddechu. Bo w tym roku czeka mnie jeszcze Grand Prix w Hadze i turniej Masters w Chinach... No, ale związek naciska, że bilety kupione, wszystko załatwione, a nie bardzo ma mnie kto zastąpić. To biorę, co dają, i w sobotę znów wylatuję z kraju (uśmiech). Wyścig olimpijski trwa i to jest najważniejsze. Tylko dobrze by było umiejętnie rozkładać siły, bo nie chodzi o to, żeby jeździć dziesięć razy na zawody i zajmować siódme miejsca, ale raz czy dwa przywieźć medal i na to samo wyjdzie. No, ale jak już jest Abu Dhabi, to spróbuję zrobić tam coś fajnego...
pes

Polub nas na Facebooku:

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Tomasz #2608125 | 82.43.*.* 24 paź 2018 12:01

    Ale dla pilkarzy starcza kasy na hotele i dla ich zon,a tu Mistrz Polski i musi sie zmagac z takimi utrudnieniami.Trzymam za Pana kciuki i zycze dalszych sukcesow.

    ! - + odpowiedz na ten komentarz