Niedziela, 16 grudnia 2018. Imieniny Albiny, Sebastiana, Zdzisławy

Żurek: Samolot? Może być, byle blisko

2018-07-19 12:00:00 (ost. akt: 2018-07-18 16:21:44)
Michał Żurek (numer 16) zadebiutował pod okiem Vitala Heynena w reprezentacji

Michał Żurek (numer 16) zadebiutował pod okiem Vitala Heynena w reprezentacji

Autor zdjęcia: www.fivb.org

- Skoro Francja wszystkie turnieje miała w Europie, a my — po dwóch weekendach w domu — oblecieliśmy w tym czasie świat, to coś tu nie gra — mówi o Lidze Narodów siatkarzy Michał Żurek, libero Indykpolu AZS Olsztyn i reprezentacji.

— Ustalmy fakty: czy to, że nie ma cię w 14-osobowej kadrze na zgrupowanie w Zakopanem (29 lipca-8 sierpnia — red.), oznacza, że nie jedziesz też na wrześniowe mistrzostwa świata?
— Tak, mistrzostwa spędzę przed telewizorem. Jeżeli nie będzie żadnej kontuzji — za co trzymam kciuki, bo nikomu źle nie życzę — to ten temat jest dla mnie zamknięty.
— A kiedy się o tym dowiedziałeś?
— Już w Stanach coś czułem... Były wstępne rozmowy i podejrzewałem, że to, że drużyna słabo gra w Stanach, może wpłynąć na to, czy zostanę w kadrze, czy nie (podczas przedostatniego turnieju Ligi Narodów polscy siatkarze przegrali w Hoffman Estates pod Chicago po 0:3 z Iranem, USA i Serbią — red.). Jak przyjechałem do Nowego Dworu Mazowieckiego (na krótkie zgrupowanie przed wylotem na Final Six w Lille — red.), to byłem już prawie pewien, a potwierdzającą rozmowę miałem już po Lille.
— W cztery oczy?
— Oczywiście, trener Heynen z każdym rozmawia indywidualnie, więc wymieniliśmy się poglądami. Zresztą on wiedział, że domyślałem się takiej decyzji... Nie będę ukrywał, że mam bezpośrednie, dobre relacje z trenerem. I duża w tym rola Pawła Woickiego (rozgrywający Indykpolu AZS jest jednym z asystentów Vitala Heynena — red.), który przekazał trenerowi, że jestem bezpośredni i szczery. A trener jeszcze bardziej, więc bez żadnego ściemniania powiedział, co mu się nie podobało i jakie są moje szanse na mistrzostwa świata. I tyle. Nie wiadomo, jak tam zdrowie „Małego”, ale jak wszystko będzie dobrze, w co wierzę — bo nie życzę Damianowi żadnej kontuzji, to, niestety, obejrzę chłopaków w telewizji (mowa o Damianie Wojtaszku, libero ONICO, który na samym wstępie przygotowań złapał kontuzję, nie grał w Lidze Narodów, a teraz znalazł się w czternastce na Zakopane — red.).
— Duży zawód?
— Szczerze? Nie jestem zaskoczony. Rozmawiałem o tym z trenerem i powiedziałem, jak ja to widzę: znam siebie i wiem, że nigdy za dobrze nie wyglądałem w takich sytuacjach, gdy trenujesz tydzień, po czym dostajesz tydzień wolnego. A na kadrze przykładowo granie w Japonii wyglądało tak, że najpierw podróżujesz 24 godziny, dolatujesz na ósmą rano i do wieczora musisz jakoś wytrzymać. Bo próbujesz się przestawić na inny czas, więc nie możesz od razu zasnąć. Nie trenujesz, a co najwyżej biegasz 20 minut na siłowni. Na drugi dzień zajęcia wyglądają tak, że się w ogóle nie skacze, więc to żaden trening, a następnego dnia już trenowaliśmy dzień przed meczem i to był jedyny taki normalny, luźny trening. W piątek nic, bo chłopaki grają mecz, w sobotę i niedzielę też nie grasz, a później 24 godziny w podróży do Stanów. I zaraz po niej znowu masz wolny dzień, następnego dnia trenujesz lekko, a potem robisz jeden normalny trening i na drugi dzień masz już mecz. Ja w takim systemie, gdzie najpierw miałem tydzień wolnego, potem luźniej trenowałem, a później ani porządnie nie trenowałem, bo nie było takiej możliwości, ani nie grałem, nigdy się dobrze nie odnajdywałem. Bo jestem takim zawodnikiem, że jak trenuję dobrze, to gram dobrze, a jak nie trenuję, tylko jadę na talencie, to mi to nie wychodzi. Myślę, że to był bezpośredni powód tego, że nie wyglądałem w Lidze Narodów tak, jak sam bym tego oczekiwał. I powiedziałem to trenerowi. To pewnie rzutuje też na kadrę na mistrzostwa świata, bo tam się nie trenuje, tylko gra. Plus byłby taki, że przed mistrzostwami miałbym długie przygotowania z drużyną i na pewno wyciągnąłbym z tego bardzo dużo, bo lubię pracować i w takich sytuacjach zawsze idę mocno do góry. I tego bardzo żałuję, bo jak bym mógł popracować te 40 dni z reprezentacją, to na pewno wyszedłbym z tego jako lepszy libero. Ale minus jest taki, że jak nie mogę trenować i grać, tylko podróżuję, to nigdy nie jestem w wybitnej formie.
— Czyli czas na zasłużony urlop?
— Tak, zaraz wylatuję na wakacje do Grecji. Mieliśmy tam lecieć już w maju, ale wtedy pokrzyżował mi plany trener Heynen (śmiech). Nie narzekam, bo sporo się nauczyłem przez ten czas w reprezentacji. Teraz jednak czeka mnie miesiąc urlopu.
— Co najbardziej zapamiętasz z Ligi Narodów?
— Podróże. Jak rozmawiałem z moją dziewczyną o wakacjach i ona myślała o jakichś dalszych kierunkach, to ja powiedziałem, że teraz choćby mi nawet zapłacili, to i tak nawet nie wsiadam do samolotu, jak lot ma trwać dłużej niż trzy, cztery godziny (uśmiech). Dlatego stanęło na Grecji. Co do Ligi Narodów, to jak się popatrzy, że tacy Francuzi wszystkie swoje turnieje mieli w Europie, to coś tu jest nie tak. Bo my — po dwóch weekendach w domu — oblecieliśmy w tym czasie świat dookoła: z Polski do Paryża, a dopiero stamtąd do Osaki, później z Japonii do Stanów, a na koniec jeszcze do Australii. Ktoś tu czegoś nie poukładał, zwłaszcza że, tak na logikę, z Japonii najpierw trzeba było się przenieść do Australii... Co jeszcze zapamiętam? Grupę ludzi, która bardzo dobrze pracuje, no i, poczynając od tych najstarszych zawodników, jest nastawiona na jedność. To jest to, co mi się bardzo podobało, co mi zaimponowało i dzięki czemu dalej bym chciał być w reprezentacji: że wszystkim bardzo zależy na tym, żeby ta reprezentacja grała dobrze. A to działa tak, że ty też automatycznie wymagasz od siebie więcej. To jest bardzo motywujące... Było wiele fajnych momentów, ale nie jestem takim gościem, który będzie opowiadał wszystkim, jak to się słucha hymnu i gra z orzełkiem na piersi. Bo to każdy przeżywa na swój sposób, aczkolwiek przyznaję: jest to przyjemne.
— Mazurek Dąbrowskiego w wypełnionym katowickim Spodku nie zdarza się codziennie...
— Tak, ale to też nie był finał mistrzostw świata. Jasne, bardzo przyjemny moment, ale bardziej porwało mnie chyba to, jak w Chicago osiem tysięcy Polaków na trybunach podnosiło w górę biało-czerwone flagi i szaliki. Czuć było, jak bardzo są za swoją ojczyzną, i to zrobiło na nas wszystkich wielkie wrażenie...
— A co powiesz o Final Six w Lille, gdzie zderzyliście się ze ścianą (1:3 z Rosją i 0:3 z USA — red.)?
— Zderzyliśmy się, ale przypomnę, że tylko my trzymaliśmy się do końca tej strategii, która została wyznaczona na początku: dużych rotacji w składzie, czyli z tygodnia na tydzień odpuszczania poszczególnym starszym zawodnikom. A wszystkie inne reprezentacje robiły na odwrót. Michał Kubiak po dwóch weekendach i pięciu zwycięstwach dostał wolne na wyleczenie oczu, Piotrek Nowakowski po ośmiu z dziewięciu wygranych meczach dostał czas na odpoczynek, Dawid Konarski też nie grał już ostatnich turniejów... Dlatego myślę, że tak realnie nie można tego w żaden sposób oceniać, bo nie wiemy zbyt wiele.
Piotr Sucharzewski

Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB