Piątek, 19 października 2018. Imieniny Michaliny, Michała, Piotra

Lech: Mocno wierzyliśmy w taki koniec

2018-06-08 18:16:46 (ost. akt: 2018-06-08 18:26:58)
— Strzeliłem osiem goli, zaliczyłem osiem asyst, a takie statystyki przed sezonem brałbym w ciemno — przyznaje 35-letni Grzegorz Lech (z lewej)

— Strzeliłem osiem goli, zaliczyłem osiem asyst, a takie statystyki przed sezonem brałbym w ciemno — przyznaje 35-letni Grzegorz Lech (z lewej)

Autor zdjęcia: Emil Marecki

— Mam nadzieję, że w końcu sprawy finansowo-organizacyjne się poprawią i ten klub będzie stabilnie funkcjonował — mówi 35-letni Grzegorz Lech, jeden z wyróżniających się piłkarzy Stomilu Olsztyn, który utrzymał się w I lidze.

— Pod koniec zeszłego roku powiedziałeś na łamach „Gazety Olsztyńskiej”, że walka o utrzymanie w I lidze będzie trwała do ostatniej kolejki. Sprawdziło się w stu procentach...
— Może trzeba było powiedzieć, że utrzymamy się dużo szybciej... (uśmiech). Tak się stało, że ostatni mecz sezonu decydował o naszym pozostaniu w lidze. Najważniejsze, że wygraliśmy z Chrobrym (1:0 w Głogowie — red.) i zrealizowaliśmy cel postawiony przed drużyną. Zostajemy w I lidze na kolejny sezon i zarazem wygrywamy klasyfikację Pro Junior System. Było to poprzedzone wielkimi emocjami i nerwami, ale na koniec jest się z czego cieszyć.

— Byliście dobrze przygotowani fizycznie do tej rundy. Gdyby doszło do barażowych meczów z Garbarnią Kraków (czwarty zespół II ligi — red.), raczej nikt nie musiałby się martwić o wasze siły.
— Na szczęście, już nie musimy sprawdzać tej tezy w praktyce. No, ale rzeczywiście: nasza końcówka sezonu była mocna. Można ją nawet porównać do formy Zagłębia Sosnowiec, która dała temu klubowi awans do Ekstraklasy.

— Po meczu z Miedzią Legnica w 26. kolejce (14 kwietnia — red.), Stomil spadł na ostatnie miejsce w tabeli. Jednak nie było widać, żeby ta sytuacja mentalnie was załamała.
— Bo my cały czas wierzyliśmy w to utrzymanie. A kwestią czasu było „tylko” to, kiedy złapiemy serię. Tak to już jest w piłce, że jak się wygra ze dwa mecze, to na kolejne wychodzi się z jeszcze lepszym nastawieniem, bo pewność siebie wzrasta. A że poparte to było dobrym przygotowaniem fizycznym i dobrym nastawieniem mentalnym przez trenera, więc to wszystko zadziałało i na koniec mieliśmy chwile radości. Jasne, były takie momenty, w których mogliśmy się załamać, ale to by było najprostsze. Wybraliśmy trudniejszą drogę i teraz możemy się cieszyć.

— Z ostatnich sześciu spotkań wygraliście aż pięć, a po raz ostatni Stomil wygrywał trzy razy z rzędu w 2015 roku, czyli jeszcze za trenera Mirosława Jabłońskiego.
— Sam nie pamiętam, kiedy to było, bo ciężko jest taką serię złapać. Gdy coś takiego się zdarza, to pojawia się dodatkowa motywacja i wiara w to, że co by się nie działo, to i tak o tę jedną bramkę będziesz lepszy od przeciwnika. Tak było choćby w Głogowie, gdzie nie zagraliśmy jakiegoś wybitnego spotkania, ale byliśmy lepsi o jedną bramkę i cieszyliśmy się ze zdobycia kluczowych trzech punktów.

— Takich mało wybitnych spotkań było sporo na wiosnę, ale udawało się wam wygrywać. Tak jak to było chociażby z GKS Katowice. A później był mecz w Sosnowcu z Zagłębiem, który dla postronnego kibica mógł się bardziej podobać, ale skończył się bez punktów.
— Ten styl niby nie jest ważny, ale każdy woli wygrywać spotkania po dobrej grze, a nie po przypadkowych bramkach. W Suwałkach wygraliśmy, można powiedzieć, przypadkowo, bo dużo szczęścia było po naszej stronie. Trener Kamil Kiereś szybko skorygował naszą taktykę w ofensywie i ze Stalą Mielec wyglądało to już zdecydowanie lepiej.

— Wracając jeszcze do spotkania z Chrobrym Głogów. Mieliście na bieżąco informacje o tym, jaki jest wynik w Częstochowie?
— No, właśnie nie, bo dowiedzieliśmy się gdzieś tak koło 65. min gry (Raków w 50. min wyszedł na prowadzenie, ostatecznie zremisował 1:1 z Pogonią Siedlce, dzięki czemu Stomil wyprzedził Pogoń w tabeli — red.). I to był... najgorszy moment w naszym meczu. Chrobry miał w tym czasie sporo sytuacji, a my zachowywaliśmy się tak, jakbyśmy chcieli szybko strzelić bramkę i zapewnić sobie utrzymanie. To mogło się źle skończyć, jednak szybko „wyczyściliśmy” głowy i skupiliśmy się tylko na sobie. Wyszła nam piękna kontra i Marcin Stromecki strzelił bramkę na wagę zwycięstwa i utrzymania.

— Jeszcze przed wyjazdem do Głogowa okazało się, że Stomil nie dostał licencji na grę w I lidze (klub odwołał się od tej decyzji i Komisja Odwoławcza PZPN uwzględniła to odwołanie, przyznając licencję olsztynianom — red.). To miało jakiś wpływ na drużynę przed tym meczem?
— Przez całą rundę odcinaliśmy się od tych problemów natury finansowej. Był moment, że nie potrafiliśmy się od tego odciąć, i to kosztowało nas stratę paru punktów. Później zaczęliśmy więc koncentrować się tylko na naszej formie i na tym, co możemy pokazać na boisku. I to przyniosło rezultat. Nie było sensu zawracać sobie głowy tą informacją o licencji. My chcieliśmy zakończyć sezon z przytupem i to nam się udało. Mam nadzieję, że w końcu sprawy finansowo-organizacyjne się poprawią i ten klub będzie stabilnie funkcjonował i budował solidną markę.

— Finisz sezonu za nami, więc chyba już możecie mówić o tych problemach. Zaległości wobec was są duże, małe? Jak byś to określił?
— Jakie by one nie były, to nigdy nie jest przyjemnie, gdy za swoją pracę nie dostajesz wynagrodzenia. Nie chciałbym za mocno rozwijać tych spraw organizacyjnych na forum publicznym, bo ja jestem zawodnikiem i mam skupiać się na aspektach sportowych.

— Indywidualnie jesteś zadowolony z tego sezonu?
— Jak najbardziej tak. Strzeliłem osiem goli, zaliczyłem osiem asyst, a takie statystyki przed sezonem brałbym w ciemno. Forma była w miarę równa przez cały czas. Jestem zadowolony także z tego, jak mój organizm reagował na wszystkie obciążenia. Już czekam na następny sezon (uśmiech).

— Która z tych ośmiu bramek najlepiej ci smakowała? Ta na 2:1 w Suwałkach, czy może ta jedyna w meczu ze Stalą Mielec w Olsztynie?
— Chyba najbardziej ta strzelona Stali na... 1:1 w Mielcu, bo tam był taki dodatkowy smaczek między naszymi zespołami. Tamta bramka była kluczowa, pełna emocji i siły. Chociaż ten gol strzelony głową ze Stalą u nas też sprawił mi sporo frajdy. Bo był po prostu ładny.

— Był taki moment, że trener Kamil Kiereś posadził cię na ławce rezerwowych. Jak przyjąłeś tę decyzję szkoleniowca?
— Porozmawiałem o tym szczerze z trenerem i ja nie miałem z tym żadnego problemu. Jeżeli jestem w słabszej dyspozycji, to trener ma prawo postawić na innego zawodnika, a po to mamy tylu piłkarzy w kadrze, żeby każdy mógł się pokazać i zagrać. Trener zareagował, bo nie stwarzaliśmy sytuacji bramkowych. W moje miejsce wszedł Dani Ramirez i... szkoda mi go, bo to jest bardzo dobry piłkarz, który powinien mieć tych bramek minimum pięć na koncie. Zawsze dochodził do sytuacji, ale czegoś brakowało... A ja czekałem na powrót do składu, no i ten powrót wypadł nieźle, bo wygraliśmy z Puszczą Niepołomice i od tej pory zaczęliśmy punktować.

— Jeszcze przez rok wiąże cię ważny kontrakt ze Stomilem. Wierzysz, że teraz nastąpi przełom dla klubu? Mówi się, że pieniądze z Pro Junior System pozwolą Stomilowi wyjść na prostą.
— Jasne, mówimy o solidnym zastrzyku gotówki (za wygranie klasyfikacji PJS klub z Olsztyna ma otrzymać ok. 1,2 mln złotych — red.), ale nie ma co ukrywać, że klub ma zadłużenie. A nie wiadomo, jaki budżet będzie na przyszły sezon... Na pewno wygranie Pro Junior System cieszy, ale czekamy na dalszy rozwój sytuacji w klubie. Na razie mamy urlopy, a na pierwszych zajęciach spotykamy się 21 czerwca.
EM
Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB