Poniedziałek, 28 maja 2018. Imieniny Augustyna, Ingi, Jaromira

Mazury poznałem dzięki żonie i mistrzowi Jerzemu Kulejowi

2018-02-23 17:06:30 (ost. akt: 2018-02-23 17:26:44)

Autor zdjęcia: Facebook Marcin Najman\archiwum zawodnika

— Każdy, kto działa w sferze publicznej, musi się uodpornić na tzw. hejt — mówi Marcin Najman. Popularny "El Testosteron" 25 maja zmierzy się z jednym z najtrudniejszych sprawdzianów organizatorskich w swym życiu: Narodową Galą Boksu

— Złapać cię w ostatnim czasie graniczy z cudem. Masz mnóstwo na głowie. Jest czas na życie prywatne?
— Ostatnie tygodnie są naprawdę bardzo pracowite. Zwariowane, niesamowite tempo. Niby jeszcze te 3 miesiące do gali, ale już teraz praktycznie nie mam czasu na nic. Ta gonitwa ma plusy, ale też i minusy. Wszystko jednak co robię - robię dla rodziny.

— Swego czasu byłeś naprawdę częstym gościem na Mazurach, m.in. ze względu na śp. Jerzego Kuleja. Które z miejsc, które ci pokazał, utkwiło ci najbardziej w pamięci?
— Myślę, że jezioro Tyrkło i jego piękne okolice. Jurek miał swój dom letniskowy tuż przy wodzie, schodziło się po lekkiej skarpie. Molo, łódka... Coś magicznego.

— Wpadałeś na ryby do mistrza?
— Pewnie. W szczególności na węgorza. Nie tylko skutecznie je łowił, ale i później świetnie przygotowywał. Piękne czasy, piękne wspomnienia.

— Po jego śmierci nie miałeś oporów, by znów odwiedzać te miejsca? Przeżyliście razem niejedno.
— Nie, bo są to bardzo miłe wspomnienia. Chętnie do nich wracam. Poza tym partnerka życiowa Jerzego, pani Ala, pochodzi z Ełku...

— ...czyli z miasta, w którym poznałeś swoją żonę.
— Dokładnie. Co więcej - później okazało się nawet, że mieszkały niemal po sąsiedzku, choć poznały się dopiero dzięki Jurkowi. Kompletny przypadek, choć historia ułożyła się tak, jakby była przez kogoś szczegółowo wyreżyserowana.

— Zatem pytanie kluczowe. I miej świadomość, że twoja żona to zobaczy: skąd pochodzą najlepsze kobiety?
— (śmiech) Oczywiście z Mazur. Moja żona jest tego najlepszym przykładem, w pełni się pod tym podpisuję.

— Wydaje mi się, że o człowieku wiele mówi to, kim są jego przyjaciele. U ciebie byliby to m.in. śp. Jerzy Kulej, Andrzej Gołota, Edyta Górniak... Wysoka półka. Uważasz się pod tym względem za farciarza?
— Tak, jestem szczęściarzem. W życiu spotykam na swej drodze wyjątkowych ludzi. Z wieloma z nich zaprzyjaźniłem się lata temu i te relacje pielęgnujemy do dziś. Ktoś mądry kiedyś mi powiedział, ze gwarantem dobrej egzystencji nie jest fortuna, a prawdziwie oddani przyjaciele. Sam tego doświadczyłem. Z prawdziwymi przyjaciółmi nie zginiesz. Jak jednak podkreślał Jerzy Kulej, działa to w dwie strony. W trudnych chwilach możesz liczyć na pomoc, ale i sam musisz być dostępny 24 godziny na dobę, jeśli ktoś będzie w potrzebie.

— Sprawdzasz się jako przyjaciel?
— Myślę, że tak. Staram się być oddany najlepiej jak tylko mogę.

— Przyjaciel to wielkie słowo. Wiele masz takich osób?
— Kilka jest, choć było nieco więcej. Nie wszystkie przetrwały próbę czasu, ale z resztą łączą mnie bardzo silne więzi. Nic nie było w stanie tego popsuć.

— A takich "prób przyjaźni" w twym życiu nie brakowało. Chyba trudniej o postać w polskich sportach walki, która dorobiłaby się większego grona hejterów.
— Wiesz... To ma swoją genezę. Wiadomo - znalazłoby się w moim życiu kilka nieroztropnych wypowiedzi. Ale gdyby je prześledzić, to nigdy - podkreślam - nigdy nie zaatakowałem nikogo w mediach jako pierwszy. Zaręczam. Ludzie wiedzą więc o niektórych konfliktach, lecz nie wiedzą jak się zaczęły.

— Skąd więc tylu hejterów?
— Bardzo dużą rolę odegrali w tym ludzie, którym było to na rękę. Niektóre działania wyglądały wręcz na zamówione. Dla przykładu - Przemysław Saleta bardzo dbał o to, by w chwili, gdy się ze mną poróżnił, jego zaprzyjaźnieni dziennikarze dorobili mi tzw. "gębę". Stosując różne socjotechniki media są w stanie łatwo manipulować ludźmi. Niestety poznałem to z bardzo bliska.

— Nie uwierzę, że te masowe hejty cię nie ruszały. Zapytam więc inaczej: kiedy się na nie uodporniłeś?
— Każdy, kto działa w sferze publicznej, musi się na to uodpornić. Jeśli tego nie jest w stanie zrobić, to po prostu się do tej przestrzeni nie nadaje. Miałem tego świadomość, więc od początku podchodziłem do tego z dystansem. Poza tym piosenka, którą napisał mi lata temu Liroy (pt. "Nie do zdarcia jestem" - przyp. K.K.), dobrze opisuje moje podejście. Mimo tych wszystkich ataków oraz działań, by mnie zniszczyć i odsunąć od sportowego biznesu, wciąż mam się dobrze i robię swoje.

— Co z tymi mniej odpornymi?
— To przykra kwestia. Tylu ludzi robi świetne rzeczy, a bezsensownie wylewana jest na nich lawina hejtu. Nie świadczy to o nas najlepiej jako o ludziach, społeczeństwie. Ta cała nienawiść... Nie szukając daleko - Andrzej Gołota. Najwybitniejszy polski bokser wszechczasów. Człowiek, do którego w tej dyscyplinie u nas do tej pory jeszcze się nikt nawet nie zbliżył. Gdy jednak przegrywał - pojawiało się prawdziwe tsunami hejtu. I jaki przekaz szedł do młodych ludzi? Zajdziesz tak daleko i co cię może spotkać?

— Kiepsko to wygląda.
— Ludzie zdają sobie jednak coraz bardziej sprawę z istnienia zjawiska, jakim jest hejt. Coraz więcej się o tym dyskutuje. I potrzebne chyba są nawet jakieś akcje społeczne. Bo to nie dotyka tylko sfery wirtualnej, a ma wpływ na realne życie. Mnie to nie zdarło, ale wielu się wycofuje, poddaje. To robienie im krzywdy. To społeczna porażka.

— Było coś, co przez te lata dotknęło cię najbardziej?

— Raczej nie. Zawsze gdy się przewrócę to wstaję, otrzepuję się i idę dalej. Choć było ciężko, gdy przegrałem 3 walki z rzędu. Wszyscy uważali mnie za skończonego i w pewnej chwili chyba sam zaczynałem w to wierzyć... Gdy to do mnie dotarło, wziąłem się za siebie. Wróciłem. Wygrałem 4 walki, wszystkie przed czasem. Zdobyłem pas mistrza Europy organizacji WKU...

— Ten, który wielu określa mianem "paska od spodni".

— Często słyszę ten tekst, faktycznie. Hejterzy próbują umniejszyć znaczenie tej organizacji. A wystarczy zajrzeć choćby do Internetu, by zobaczyć, że to jedna z największych organizacji kickboxingu na świecie.
Marcin Najman: Wszystko co robię, robię dla swojej rodziny
— Gdy gruchnęła informacja, że szykujesz galę boksu na Stadionie Narodowym, znów wylewano na ciebie pomyje. Teraz jednak, gdy nabrało to realnych kształtów, hejterzy jakoś przycichli... Nie tęsknisz za nimi?
— Oczywiście, że nie. I jestem bardzo zaskoczony tymi wszystkimi pozytywnymi opiniami. Często z ust zajadłych przeciwników. Kompletna zmiana podejścia. Dla mnie to prawdziwa nowość. Tak dobrej prasy i odbioru nie miałem chyba jeszcze nigdy.

https://m.wm.pl/2018/02/orig/marcin-najman-1-447258.jpg
fot.Facebook Marcin Najman\archiwum zawodnika

— Przyznasz jednak, że - pamiętając o dołku, w którym obecnie jest polski boks - by porwać się na taką galę trzeba być albo szalonym, albo mieć coś więcej niż przysłowiowe jaja.
— Nie mi to oceniać. Na to przyjdzie czas, lecz będzie to zadanie nie dla mnie, a dla mediów i kibiców. Szczerze? Sam jestem ciekaw.

— Nie bałeś się? Jakiekolwiek potknięcie przy organizacji i byłbyś nie tylko bankrutem wizerunkowym, ale pewnie i finansowym.
— Pewnie, że się bałem. Dlatego nie ma innego wyjścia. To po prostu musi się udać.

— I do tej pory wszystko wskazuje na to, że właśnie tak będzie. Czego spodziewać mogą się zatem kibice?

— Boksu na najwyższym, światowym poziomie. Widowiska sportowego, ale i patriotycznego. Gala odbywa się w 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Naturalne więc, że będzie do tego wiele odniesień. Dla przykładu - z największą przyjemnością i honorem uczcimy bohaterów zwycięskiej bitwy pod Monte Cassino. To rok, w którym w sposób szczególny trzeba podkreślić naszą pamięć i tożsamość. Prawdziwym zaszczytem jest dla mnie fakt, że pani minister Maria Anders, córka dowódcy walczącego tam słynnego 2. Korpusu, zgodziła się objąć wydarzenie swym patronatem.

— Wiem, że to nie ten kaliber, ale czy Narodowa Gala Boksu to nie trochę jak twoje małe, prywatne Monte Cassino?
— Nie, absolutnie nie. Nie odważyłbym się porównywać takich rzeczy. Tam żołnierze zdobywając szczyt byli kompletnie odsłonięci, z góry strzelali Niemcy... Heroiczny, zwycięski bój. Logika podpowiadała, że sukces był niemożliwy.

— Też porwałeś się na niezdobyty wcześniej szczyt, odsłoniłeś na ataki hejterów, nikt nie wierzył, że to ma prawo się udać...
— Rozumiem o czym mówisz, takich odniesień mogłoby być pewnie jeszcze kilka. Ale dla mnie to zbyt poważne sprawy. Zbyt wiele przelanej krwi, by porównywać obie sytuacje.

— Pytanie było typowo pod włos. Ta bitwa jest mi bardzo bliska prywatnie, dlatego też masz u mnie ogromnego plusa za tę odpowiedź. Przejdźmy dalej. Miałeś walczyć z Arturem Binkowskim, lecz został aresztowany.
— Tak, lecz cenię tego faceta i na pewno go nie skreślam. To, że zawalczymy, jest wciąż realne. Podszedł do tego jak prawdziwy mężczyzna. Zadzwonił do mnie wcześniej i poinformował o swoich kłopotach. Powiedział, że może trafić na miesiąc do aresztu za próby kontaktu ze swymi dziećmi. To jego prywatna sprawa rodzinna, absolutnie nie chcę się w nią zagłębiać, ani tym bardziej oceniać. Chcę jednak, by wszyscy wiedzieli - życzę mu wszystkiego dobrego i wierzę, że wystąpi.

— A gdyby jednak nie wypaliło? Macie plan B?
— Tak, oczywiście. Jest nawet kilka wariantów. Wszystko pod kontrolą, choć nie chcę podawać nazwisk.

— Przy takim natłoku pracy można w ogóle się przygotować? Nie ma fuszerki na treningach?
— Powiem szczerze, że staram się ze wszystkich sił, by jej nie było. Czekają mnie jeszcze dwa obozy. Będę m.in. biegał po górach, choć - niestety - również z telefonem, bo im bliżej gali, tym więcej rzeczy do załatwienia. Nie jest to komfortowe. Mam jednak już większy sztab ludzi, świetnych fachowców. Razem damy radę.

— Znany komentator Andrzej Kostyra powiedział niedawno, że talent do boksu miałeś, lecz nie byłeś nigdy zbyt pracowity.

— Nie mi oceniać czy miałem talent. Słuchałem tego, co mówił mi Jerzy Kulej. To był mój wyznacznik. Pan Kostyra, z całym szacunkiem, wydaje mi się, że ocenia mnie przez pryzmat jego przyjaciela Przemysława Salety. Ten natomiast nie jest obiektywny w ocenie mojej osoby. Dyskutować z nimi nie zamierzam, jednak za lenia nigdy się nie uważałem.

— Galę poprowadzi najbardziej rozpoznawalny konferansjer na świecie - Michael Buffer. Jak zwerbowaliście taką legendę?
— Nie było to łatwe, ale udało się i będzie to dopiero druga taka sytuacja w historii polskiego boksu. Wcześniej pojawił się u nas tylko podczas walki Kliczko-Adamek. Kiedyś, gdy przebywałem w USA, chłonąłem całą tę otoczkę wielkiego boksu. To moja pasja sportowa i organizacyjna. Obserwowałem, uczyłem się, poznałem wielu liczących się ludzi, jak np. Don King (promotor takich sław jak m.in. Muhammad Ali czy Mike Tyson - przyp. K.K.). Teraz wykorzystałem te kontakty.

— Sprawdzał czy umowa pisana jest w dolarach, a nie w złotych?

— (śmiech) Nie, w tym temacie nic się nie zmienia. Zawsze jest w dolarach.

— Załóżmy, że gala okazała się spektakularnym sukcesem. Tego życzę. Pytanie jednak: co dalej?
— Mamy już zarezerwowany PGE Narodowy na 2019 rok. Są też plany na mniejszą galę przy drugim półroczu...

— ...też wystąpisz jako zawodnik?
— Tego nie wiem. Często zawodnicy nie potrafią się obiektywnie ocenić. Nie potrafią dostrzec tego, że brak im już refleksu, są wolniejsi, gorzej pracują na nogach... To powszechne. Ja u siebie nie widzę żadnych zmian, choć może właśnie się łudzę...

— Przed naszą rozmową starałem się zliczyć ile razy kończyłeś karierę. Nie udało mi się.
— (śmiech) Wiesz, to powszechna rzecz u bokserów. Wielu kończyło wiele razy, ale zawsze wracali. W historii było chyba tylko dwóch takich, którzy faktycznie skończyli, gdy powiedzieli oficjalnie "koniec". Byli to Jerzy Kulej i Lennox Lewis. Ta adrenalina, emocje... To nałóg, któremu niewielu potrafi się oprzeć.

— Lata jednak lecą. Ile jeszcze sobie dajesz życia w ringu?
— Myślę, że moja granica to 42 lata. Z drugiej strony - Kliczko walcząc w wieku 41 lat z Joshuą był przygotowany fenomenalnie, stoczył chyba najlepszą walkę w swojej karierze... Czas pokaże jak będzie ze mną.

— Czeka cię mnóstwo nerwów i pracy. Gdzie będziesz zbierał siły, gdy opadnie kurz?
— Przez jakiś czas na pewno na Mazurach, zawsze chętnie tam wracam. A co dalej? To się jeszcze okaże. Miejsce nie jest aż tak ważne. Naprawdę ważnym dla mnie jest to, że będę spędzał ten czas z rodziną.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/28056527_189259318331698_2423156657028452008_n.jpg?oh=40a8fb4996a3f4de636e1b4041b7b8dd&oe=5B4D4F62
Polub nas na Facebooku: