Czwartek, 24 maja 2018. Imieniny Joanny, Zdenka, Zuzanny

Rozwadowski: Dakar wygrywa się chłodną głową

2018-01-28 20:00:00 (ost. akt: 2018-01-28 20:18:53)
Sebastian Rozwadowski (z lewej) i Benediktas Vanagas prezentują pamiątkowe medale przyznane za ukończenie 40. Rajdu Dakar

Sebastian Rozwadowski (z lewej) i Benediktas Vanagas prezentują pamiątkowe medale przyznane za ukończenie 40. Rajdu Dakar

Autor zdjęcia: Archiwum teamu

- Jestem zwolennikiem mega trudnego Dakaru. Ten rajd z założenia jest najtrudniejszy na świecie, taki był, no i fajnie - mówi olsztynianin Sebastian Rozwadowski, który razem z Benediktasem Vanagasem był 30. w Rajdzie Dakar.

- Przesiadając się przed 40. Dakarem do Toyoty Hilux o niższej specyfikacji niż zeszłoroczna mieliście zyskać na niezawodności, no i operacja się udała, tylko... pacjent zmarł. Problemów technicznych mieliście tyle, że starczyłoby tego na dwie załogi.
- To prawda, a najbardziej dały nam popalić powtarzające się awarie półosi: chyba z sześć razy nam się urywały... Straciliśmy przez to mnóstwo czasu, samochód zostawał z napędem tylko na tylną lub przednią oś. A największy problem spotkał nas na najdłuższym paśmie wydm, jakie kiedykolwiek były na Dakarze, gdzie przez 80 km non stop ciągną się wydmy. I tam na samym szczycie po raz kolejny strzeliła nam tylna półoś i auto zrobiło się przednionapędowe, a takim autem na największych wydmach nie zrobi się absolutnie nic. Można tylko usiąść i płakać, skoro już nie ma nawet zapasowej półosi, bo ostatnia została wymieniona... Skończyło się na tym, że dzięki pomocy miejscowych kibiców udało nam się ominąć te najwyższe wydmy i jechać cały czas w dół. Oczywiście, kosztem ominiętych waypointów, bo już nie było możliwości dojechania do nich, a to wiązało się z 24-godzinną karą.
Tak że te awarie półosi były bardzo męczące. Ale już doszliśmy do tego, dlaczego one się urywały. Ta nasza Toyota jest już dość leciwym samochodem, który w specyfikacji fabrycznej miał słabszy silnik, ale teraz dostał nowy, dużo mocniejszy z nową elektroniką. I tak sobie wydedukowaliśmy, że te półosie były OK do mniejszej mocy silnika, a kiedy ta moc wzrosła, to one zaczęły się urywać, bo nie były przystosowane do mocniejszego silnika. To znalazło swoje potwierdzenie w Boliwii, gdzie przez wysokość moc była automatycznie i naturalnie ograniczona, no i tam te półosie wytrzymywały. A w Peru i Argentynie strzelały jak zapałki... Niemniej jednak potwierdzam: operacja się udała, ale pacjent zmarł. Auto miało być słabsze, gorsze, ale za to bezawaryjne, a okazało się, że jest słabsze, gorsze i awaryjne, co pociągnęło za sobą ogromne straty czasowe. I mamy teraz dużą „zagwozdkę”: co zrobić z samochodem na przyszły sezon...
- Środkowa część rajdu pokazała, że jak nie ma przygód z autem, to są efekty: kończyliście etapy na miejscach 18., 14., 15. i znów 14.
- I to wcale nie było tak, że zupełnie nic się wtedy nie działo, bo były i „kapcie”, i jakieś pomyłki nawigacyjne, i drobne awarie. Tym bardziej szkoda tych wszystkich problemów i końcowego wyniku, bo przekonaliśmy się, że jadąc spokojnym tempem i nie popełniając zbyt wielkich błędów, jesteśmy w stanie wbijać się do czołowej dwudziestki. A miejsca pomiędzy 15. a 20. - które sobie zakładaliśmy przed rajdem - były realne do zrobienia nawet tym samochodem. Nie wyszło, więc trzeba posypać głowy popiołem i wyciągnąć wnioski z tych błędów, które popełniliśmy: i ja jako pilot, i Ben jako kierowca, i nasi mechanicy. No i oczywiście kwestia auta.
- Czyli tu wracamy do wyboru samochodu na Dakar...
- Na pewno to jest kluczowa sprawa, a wybór samochodu to bardzo skomplikowany problem. Choć z drugiej strony także bardzo łatwy, bo są tylko trzy marki, które liczą się na Dakarze: Peugeot, Toyota i Mini. Na Mini nas nie stać, a na Peugeota tym bardziej. Jeśli chodzi o tę drugą markę, to z dakarowej rywalizacji wycofuje się oficjalny team fabryczny, ale są już plotki, że te Peugeoty przejmie albo Nasser Al-Attiyah i stworzy pod brandem Kataru prywatny team, albo Sheikh Al-Qassimi i będzie to Abu Dhabi Peugeot Team. Tak że te samochody na pewno będą dalej uczestniczyły w tym rajdzie i będą do wynajęcia, tyle że nadal poza naszym budżetem. Zostaje więc nam tylko Toyota, fantastyczny samochód, z którym jest jednak taki problem, że współpraca z firmą wynajmującą te auta i obsługującą dział klienta jest - nazwijmy to - dość skomplikowana, a porozumienie się z nimi jest ciężkie. Zobaczymy, jak to dalej będzie, ale Toyota to jest właściwie jedyna realna opcja, która nam pozostaje. Tylko musimy znaleźć sposób, jak porozumieć się z działem klienckim Toyoty, żeby otrzymać w odpowiednim terminie odpowiednie auto.
- A czyja jest ta Toyota, którą jechaliście w 40. Dakarze?
- Benedykta. To auto, które Ben kupił w ostatniej chwili przed Dakarem. Była zamówiona nowa Toyota, którą mieliśmy kupić od firmy Overdrive, ale w ostatniej chwili okazało się, że tego samochodu jednak nie będzie. W związku z tym Benediktas kupił taki samochód we wrześniu w Portugalii. Późno, ale dobrze, że w ogóle się udało, bo to była jedyna szansa, żeby wystartować w Dakarze. Tak że to samochód Benedykta - jak tylko przypłynie do Europy, to Ben ma go wystawić na sprzedaż. A w ciągu najbliższych dwóch miesięcy musimy podjąć decyzję, jakim samochodem wystartujemy w przyszłym roku.
- I znowu pomiędzy Dakarami nie będziecie mieli żadnych startów na pustyni?
- Po tym Dakarze mieliśmy długą, trudną, ale i rzeczową dyskusję z Benedyktem o tym, co robić i jak robić, żeby było lepiej, no i również podsumowującą ten rajd, bo to wymagało rzetelnego podsumowania. No i jednym z moich postulatów było właśnie to, że nie możemy jechać tak trudnego rajdu - a Dakar był w tym roku potwornie trudny i łatwiejszy już nie będzie - ot, tak: z Dakaru na kolejny Dakar. Konkurencja nie śpi i jeździ w trakcie roku mnóstwo rajdów czy testów. I my też musimy zaliczyć jakiś pustynny rajd, czy to w Maroku, czy w Abu Dhabi, a jeżeli to nie wyjdzie, to muszą być przynajmniej dwie solidne sesje testowe na pustyni: właśnie w Abu Dhabi bądź w Dubaju. Ben się ze mną zgodził, więc mam nadzieję, że to wypali. W każdym aspekcie jest mnóstwo rzeczy do poprawy. Po tym Dakarze mam nieporównywalnie większą wiedzę na temat nawigacji na pustyni czy szukania waypointów, więc na pewno będę teraz lepszym pilotem. A mam jeszcze taki plan, żeby doszkolić się w tym fachu i udać się na prywatne szkolenie do jednego z bardziej doświadczonych pilotów dakarowych Andy’ego Schulza, który obecnie pilotuje Mikko Hirvonena, a kiedyś dwa razy wygrał Dakar, no i startował też m.in. z Krzyśkiem Hołowczycem. Już jestem wstępnie umówiony z Andym i to będzie ten mój wkład w poprawę funkcjonowania naszego teamu. A poprawy wymaga wszystko: team, mechanicy, logistyka, obsługa samochodu musi być na dużo wyższym poziomie, jak również pilot czy kierowca. Bo Dakaru nie wygrywa się prędkością, tylko strategią, rozsądkiem i chłodną głową. To była trudna, ale i rzeczowa dyskusja, po której wiemy, nad czym mamy pracować. Ja mogę być zadowolony z tego, że moje fizyczne przygotowania sprawdziły się super, bo nie miałem absolutnie żadnych problemów na trasie. Ani z wysokościami dochodzącymi w Boliwii do 4800 m n.p.m., ani z regeneracją organizmu po wielkim wysiłku i krótkim odpoczynku.
- Nani Roma, Sebastien Loeb, Bernhard ten Brinke, Yazeed Al-Rajhi, Nicolas Fuchs - wielu topowych kierowców nie ukończyło Dakaru, więc z jednej strony to wasze 30. miejsce jest pewnie sporym niedosytem, ale z drugiej: jednak osiągnęliście metę w Cordobie...
- Za linią mety ostatniego odcinka specjalnego jest na gorąco taka feta, gdzie wszyscy świętują ukończenie rajdu, cieszą się, skaczą, robią pamiątkowe zdjęcia, polewają się szampanem. I ja w tym roku, zjeżdżając za metą do tej strefy dla mediów, byłem rozczarowany, w ogóle nie czułem radości. Jeszcze to dachowanie na ostatnim odcinku i złość, że wszystko poszło nie tak, jak miało być... Miałem wtedy ciężkie chwile, bo nie cieszyłem się z ukończenia tego mega trudnego Dakaru. Dopiero jak dotarliśmy do Cordoby, wjechaliśmy na ceremonię wręczenia nagród i wziąłem ten pamiątkowy medal do ręki, to wtedy coś się zmieniło. I wtedy przyszła radość: że mam ten medal. I że - mimo tych wszystkich problemów i poświęceń - było warto walczyć. Po to, żeby znaleźć się tego dnia i o tej godzinie na mecie w Cordobie. Zwłaszcza, że ponad połowa załóg nie dojechała do mety. Wielkie nazwiska, fantastyczni zawodnicy z piękną historią w tym sporcie odpadli i nie udało im się ukończyć tego rajdu, a my tego dokonaliśmy. Tak że to jest osiągnięcie. I jak patrzę na ten medal, który wisi w moim pokoju, to wiem, że było warto. To dobra motywacja do dalszego działania. pes

Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB