Poniedziałek, 15 października 2018. Imieniny Jadwigi, Leonarda, Teresy

To był skok na głęboką wodę

2016-03-18 10:55:41 (ost. akt: 2016-03-18 09:58:32)
Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu.

Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu.

Autor zdjęcia: Grzegorz Czykwin

Bardzo się cieszę, że dostaję jakieś swoje chwile na boisku, bo to nieocenione doświadczenie — mówi niespełna 20-letni Leszek Wójcik z Indykpolu AZS, który w przegranym meczu z Resovią (0:3) zadebiutował w Olsztynie w PlusLidze.

— Którą zbitkę dat i wydarzeń lepiej pan zapamięta: 12 marca i BBTS Bielsko-Biała, czyli krótki plusligowy debiut, czy też 16 marca i Resovię Rzeszów?
— Na pewno tę drugą datę, bo to bardzo fajna sprawa zagrać przed własną publicznością, gdzie czuje się klimat Uranii. Ale obie daty są nieudane, bo dwa razy przegraliśmy za trzy punkty.

— Do połowy pierwszego seta wyglądało to jednak bardzo dobrze...

— Rzeczywiście, mieliśmy udany początek (było m.in. 8:3, 9:6 i 14:12 — red.) i kibice pewnie ostrzyli sobie zęby na to, co będzie dalej. Jednak później coś się w naszej grze zacięło... Trener Resovii zrobił jakieś zmiany w składzie, a wiadomo, że ta drużyna dysponuje wielkim potencjałem. No i oni bardzo potrzebowali tych punktów, żeby nadal liczyć się w walce o mistrzostwo Polski. Niestety, na dłuższą metę nie dotrzymaliśmy kroku obrońcy tytułu.

— Szkoda tego seta, bo inaczej by się grało przy prowadzeniu 1:0, a u rzeszowian może pojawiłyby się nerwy.

— Zgadza się. Już przed meczem było wiadomo, że czeka nas ciężkie zadanie, bo gramy z mistrzem Polski. W pierwszej rundzie urwaliśmy im punkt w Rzeszowie, a meczami właśnie z Resovią, Skrą czy Lotosem udowodniliśmy, że potrafimy grać z takimi rywalami. Tym razem się nie udało, ale myślę, że nie ma co załamywać rąk, ponieważ nie tacy jak my z Resovią przegrywali. Walczymy dalej, mamy jeszcze trzy mecze w rundzie zasadniczej i chcemy zdobyć w nich jakieś punkty.

— Pierwszy raz pojawił się pan na boisku w trudnym momencie drugiego seta: w środku fatalnej serii aż ośmiu punktów straconych przy zagrywkach Fabiana Drzyzgi (z 13:12 do 13:20! — red.). Nogi drżały?

— Tak, bo to było duże wyzwanie. Przez poprzednie 22 kolejki nie dostawałem szans na wprowadzenie się do gry, więc wejście na boisko w meczu z rywalem tej klasy to był skok na głęboką wodę. A to przysparza jakiegoś stresu. Będąc na boisku, starałem się nie pogłębiać błędów drużyny, tym bardziej że w tym momencie sytuacja była dla nas kiepska.

— Z kolei w trzeciej partii wszedł pan do gry przy stanie 2:6, został na boisku już do końca i wreszcie doczekał się pan swoich pierwszych punktów w PlusLidze (za dwa bloki — red.).
— Cieszę się z tych punktów, bo to wielka sprawa dla debiutanta: pokazać się chociaż przez chwilę w meczu przeciwko mistrzowi Polski. Choć żałuję swoich szans w ataku (cztery nieskończone akcje — red.). Zdaję sobie sprawę, że popełniłem błędy, ale o ile dostanę od trenera Gardiniego szansę w pozostałych meczach, to postaram się udowodnić, że potrafię kończyć ataki. Przede wszystkim liczę jednak na to, że jako drużyna zdobędziemy jeszcze punkty w rundzie zasadniczej i utrzymamy ósmą lokatę.

— Koledzy z zespołu pocieszali pana po zepsutych akcjach...
— Tak, bo atmosfera w drużynie, mimo tych — trzeba przyznać — nieudanych spotkań, jest naprawdę dobra. Wchodząc na boisko, czułem wsparcie ze strony kolegów i to jest bardzo ważne. Bo o to chodzi, żeby nawet w tych najtrudniejszych momentach się wspierać.

— Gra na ataku to jest duże wyzwanie dla pana, nominalnego przyjmującego?
— Zostałem przesunięty na tę pozycję po kontuzji pierwszego atakującego Brama van den Driesa. I jest to o tyle jakimś utrudnieniem, że trzeba się parać m.in. atakiem z drugiej linii z prawego skrzydła. To nie jest najprostsze zadanie, ale ja już grałem na tej pozycji — jeszcze w Łodzi na ataku grywałem częściej niż na przyjęciu — no i moją mocniejszą stroną jest ofensywa. Bardzo się cieszę z tego przesunięcia, bo to duża szansa dla mnie. Postaram się ją wykorzystać najlepiej, jak będę umiał.

— Pewnie nie każdy z kibiców wie, kim jest Leszek Wójcik. Może poza tym, że jesienią skończy pan 20 lat i jest podstawowym przyjmującym Indykpolu AZS grającego w Młodej Lidze...
— Na co dzień, poza siatkówką, zajmują mnie studia dzienne na Wydziale Prawa i Administracji UWM; jestem na pierwszym roku bezpieczeństwa wewnętrznego. Pochodzę z Łodzi, a do Olsztyna trafiłem z małego, biednego klubu, jakim jest Wifama. Przed sezonem 2014/15 przyjechałem tu na testy i... już zostałem (uśmiech). Najpierw grałem w zespole juniorów, później w Młodej Lidze. Żałuję tylko jednego: że trochę za późno zdecydowałem się na ten krok, bo w takim miejscu, jak Olsztyn, rozwój jest ułatwiony...

pes


Polub nas na Facebooku:

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB