Poniedziałek, 5 grudnia 2016. Imieniny Kryspiny, Norberta, Sabiny

Bukowiecki: Mój cel numer jeden to Rio

2016-02-10 11:26:39 (ost. akt: 2016-02-10 11:32:50)
 W Łodzi Konrad Bukowiecki (na zdjęciu) drugi raz w karierze pokonał Tomasza Majewskiego.

W Łodzi Konrad Bukowiecki (na zdjęciu) drugi raz w karierze pokonał Tomasza Majewskiego.

Autor zdjęcia: pzla.pl

Jestem w szoku, że byłem trzeci w waszym plebiscycie — mówi Konrad Bukowiecki, 19-letni kulomiot Gwardii Szczytno, który w tym roku poprawiał już halowe rekordy świata i Europy.

— Miałem zacząć od gratulacji za trzecie miejsce w naszym plebiscycie na najpopularniejszych sportowców województwa, a tu okazuje się, że jest podwójny powód do gratulacji.
— Ma pan na myśli głosowanie na lekkoatletę stycznia (zorganizowane przez European Athletics, czyli Europejskie Stowarzyszenie Federacji Lekkoatletycznych — red.)? Nie ode mnie to zależało, a od internautów, ale cieszę się, bo to miła sprawa. No i jestem w szoku, że byłem trzeci w waszym plebiscycie i że aż tyle osób na mnie głosowało. Bardzo miło się zrobiło, bo nie spodziewałem się, że jestem aż tak popularny (uśmiech).

— Gdzie pan był, jak pana nie było na sobotnim Balu Sportowca?
— Zaraz po powrocie z obozu w Katarze miałem start w piątkowym mityngu Pedros Cup, a dzień później pojechałem na zawody w Spale, skąd wróciłem do Szczytna późno w nocy. Dlatego na odebranie statuetki wysłałem brata. Mam nadzieję, że nie narobił mi wstydu (śmiech).

— W Łodzi poprawił pan o 12 cm własny rekord Europy uzyskany przez juniora seniorską kulą (7,26 kg). No ale i tak całe show „ukradł” panu Michał Haratyk, który z wynikiem 21,35 (!) wskoczył na szczyty światowych list w 2016 roku.
— Michał w tym sezonie halowym jest w bardzo wysokiej formie, ale myślę, że nawet on sam jest w szoku, że pcha tak daleko. Co do mnie, to byłem niepocieszony po Pedrosie. Mimo że pchnąłem 20,58 — a to jest rekord Europy, ale i minimum na halowe mistrzostwa świata w Portland — i że drugi raz w karierze pokonałem Tomka Majewskiego.

— Chodzi o szóstą kolejkę i nieustaną próbę pod granicę 21 metrów?
— To też, ale nawet ta próba nie dałaby mi pierwszego miejsca, a bardziej zależało mi właśnie na zwycięstwie. Ale nie ma co: Michał był ewidentnie lepszy i tyle. Pewnie mógłbym nawiązać z nim jakąś walkę, ale — jak mówiłem — dzień wcześniej wróciłem z Kataru, a że połączenie z Polską było słabe, w nocy, więc praktycznie nie spałem. Myślę, że to wpłynęło na moją dyspozycję, bo byłem trochę zmęczony i podróżą, i ciężką pracą na obozie w Katarze. Myślę, że ta praca „odbije” dopiero za jakiś czas.

— W sobotę w Spale postanowił pan popchać juniorską kulą (6 kg), no i zaliczył pan komplet sześciu prób... niemierzonych. Co się stało, kula była za lekka?
— Może i tak, bo w ostatnim czasie w ogóle nie miałem styczności z „szóstką”. Ale wracaliśmy z Łodzi i chcieliśmy zobaczyć, jak to jest wystartować dzień po dniu... I ta kula nawet nie spadała tak blisko, ale popełniałem błędy techniczne: nie mogłem utrzymać pchnięcia. Pięć prób było marnych, ale jedną miałem — tak mi tata mówił, bo widział to z trybun (trener Ireneusz Bukowiecki — red.) — w granicach 22,50-22,60. Niestety, minimalnie ją spaliłem (styczniowy rekord świata juniorów w hali należy do Konrada i wynosi... 22,48 — red.).

— Skoro już jest to minimum na Portland, to zamierza pan z niego skorzystać? Bo, jak słychać, niektórzy odpuszczają sobie te HMŚ.
— Z tego, co ja wiem, to zamierzają tam wystartować Michał Haratyk, Tomek Majewski, Kamila Lićwinko, tyczkarze i... na tym koniec. Termin tych mistrzostw, 17-20 marca, jest kiepski, bo nie dość, że wypada w... moje urodziny (17 marca Konrad Bukowiecki skończy 19 lat — red.), to jeszcze jest bardzo późny. Po sezonie halowym trzeba przecież kiedyś odpocząć, a nie bardzo będzie kiedy, bo już od maja zaczynają się letnie starty. A kiedy tu trenować? Wiadomo, trzeba ciężko przepracować te parę miesięcy, bo w tym roku dla wszystkich liczą się przede wszystkim igrzyska.

— A pana czeka jeszcze matura...
— Właśnie: matura (uśmiech). W tym roku naprawdę mam do czego się przygotowywać: zdaję maturę, mam mistrzostwa świata juniorów w Bydgoszczy, a są jeszcze mistrzostwa Europy seniorów w Amsterdamie, no i oczywiście igrzyska w Rio. Dlatego trzeba przewartościować cele i zastanowić się, co jest ważniejsze: obrona tytułu mistrza świata juniorów i igrzyska czy występ w halowych MŚ. Może to głupio zabrzmi, ale ewentualny start w Portland tak naprawdę nic nie daje. Ani nie ma z tego stypendium, ani nie będzie najmocniejszej obsady, bo David Storl czy Joe Kovacs, czyli światowy top, tam nie wystartują. Dlatego, że każdy chce jak najlepiej przygotować się do igrzysk. Powiem tak: to, że uzyskałem minimum, nie oznacza, że już się zakwalifikowałem na HMŚ, ale gdyby tak się stało, to musiałbym się poważnie zastanowić, czy w ogóle chcę tam jechać... Bo nie da się łapać wszystkich srok za ogon, a najważniejszym startem w tym roku nie są mistrzostwa w Portland, tylko igrzyska olimpijskie. I trzeba będzie dużo pracy włożyć, żeby dobrze wystartować w Rio. Czy żeby w ogóle tam się załapać, bo teraz mamy taki poziom pchnięcia kulą w Polsce, że może być z tym problem.

— A propos ciężkiej pracy: drugi raz wybraliście się na początku roku do Doha. Czemu akurat Katar? Bo jest tam cieplej niż u nas?
— Tak, troszeczkę cieplej (uśmiech). Generalnie chodzi o to, że lepiej trenuje się w słońcu, a człowiek lepiej funkcjonuje, gdy świeci słońce, a nie jak jest minus dziesięć. Tak że po pierwsze: słońce, ciepło, witamina D3 „się podbija”. No i pchanie na zewnątrz, a nie ciągle w hali, co też jest istotne. A zdecydowaliśmy się na Katar, bo byliśmy tam już rok temu. To sprawdzone miejsce, do którego mamy w dodatku bezpośrednie połączenie z Warszawy. Co prawda leci się sześć godzin, ale to i tak nie ma porównania z lotem z przesiadkami na przykład do RPA, o którym też myśleliśmy w kontekście zgrupowania.

— Ile stopni zastaliście w Katarze?
— Tam też jest teraz zima i to, podobno, wyjątkowo chłodna; w najzimniejszą noc temperatura spadła do ośmiu stopni na plusie i dla Katarczyków to był prawie kataklizm (uśmiech). W najchłodniejszy dzień mieliśmy 16-17 stopni w cieniu, czyli 22-23 na słońcu i dla nas to była super pogoda. My trenowaliśmy bez koszulek, a Katarczycy ubierali się w kurtki i dresy.

— Tym razem wybraliście się tam nieco szerszą grupą...
— Zgadza się. Poza mną, trenerem, czyli moim tatą, no i mamą, która wybrała się do Doha prywatnie, pojechali też Andrzej Regin, Sebastian Łukszo i Dominik Smosarski (dwaj pierwsi to też kulomioci Gwardii — red.). I jak widać Dominikowi ten obóz bardzo pomógł, bo już po powrocie zrobił w Spale taki wynik, że masakra (niespełna 17-letni Smosarski poprawił aż o 0,32 sek, na 21,57, własny halowy rekord Polski juniorów młodszych w biegu na 200 metrów — red.). To naprawdę wielki talent, który wziął się za treningi niewiele ponad rok temu.

— Już w weekend czekają pana kolejne prestiżowe starty.
— Tak, i mam nadzieję, że piątkowy start w Copernicus Cup będzie bardziej udany niż ten dramat z zeszłego roku, kiedy pchnąłem w Toruniu „aż” 17 metrów z kawałkiem. Liczę w tym roku na dużo lepszy wynik (śmiech). No i w niedzielę w Walentynki mam w Spale halowe mistrzostwa Polski juniorów. Wiadomo: to jest sport i zawsze może mi nie wyjść, mogę spalić wszystkie próby, tak jak parę dni temu. Jednak mam nadzieję, że... Nie, inaczej: ja tam jadę po złoto i nie ma o czym mówić.

Piotr Sucharzewski
Polub nas na Facebooku:
zobacz informacje z ostatnich 24h

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB